dziwności

Ostatnio sporo rzeczy dziwnych mnie spotkało. Na przykład, o dziwo, nie zapomniałem o comiesięcznym dniu czipsów. Jednak po zastanowieniu lepiej by było, gdybym zapomniał. Przynajmniej mój żołądek jest tego zdania.

Chwilę później spotkałem na talerzu fragment oktopusa. Nauczony czipsami żołądek wywiesił ostrzegawcze flagi, ale dał się udobruchać morzem kokakoli. Przetrwaliśmy nawet przygrilowe czipsy…

Dziwnym jest fakt, że zupełnie z marszu zrobiłem zdjęcie Panu lub Pani Jeziora. I to tak zupełnie z bliska:)

Żeby podkreślić dziwność wpisu zdjęcia umieściłem też w sposób dziwaczny.

A najbardziej to mnie dziwi, że obolały jestem cały, jakbym pół dnia drzewa sadził. Bo to nie było pół dnia…

Reklamy

Deszcz

Oczekiwanie na deszcz bywa męczące. Równie męczące, jak oczekiwanie na poród. Dlatego gdy te dwa zdarzenia zbiegły się w czasie, nie było wątpliwości, jak nazwać nowego obywatela gumna:

IMG_20180416_143107.jpg

Jak widać, obywatel Deszczyk wie, że jest ssakiem;) Niniejszym ogłaszam planowe porody za dokonane.

Owsianym sądem krocząc…

Tak mnie jakoś naszło i w dwa dni cyknąłem owies. Znaczy się przetalerzowałem w poprzek, zasiałem, zabronowałem i przewałowałem. Nawet Czajkowską sfotografowałem w okolicy Jeziora łaBędziego:

IMG_20180410_184052

Tak, wiem, ale ona tam jest, a Czajkowski krążył nade nami i darł ryja.

Prawie jak Miłosz na rozprawie, która działa się wczoraj…

IMG_20180411_112916

Na razie udało się przesłuchać świadków, a że do porozumienia nie doszliśmy, ciąg dalszy w czerwcu nastąpi. Na razie ważne jest, że krokusy wypełzły spod ziemi:

IMG_20180411_185838

Dziś dzień do południa leśny, musiałem sobie trochę przeszkadzaczy usunąć, a przy okazji Fraglesom parę brzózek do wykopania wskazać:

IMG_20180412_112025

Przy okazji wyprawy „tam” udało mi się skutecznie „wkleić” Musiołka, dobrze, że miał mnie kto z tego błota wyjąć, bo moje świetne nowe opony AT nadają się co najwyżej na twarde szutry. No ale sam takie chciałem.

Wiosna się rozpędza.

Dawno temu w wannie…

8 marca 1989, godzina 0:00. Klimontów, Sosnowiec. Gazety, taśma klejąca. Reklamówki. Przytwierdzamy te cuda do siebie: Łysy, Kilan i ja. Na to swetry, dresy, wreszcie skóry. Idiotyczne – z perspektywy czasu – przekonanie, że skóra ma być na wierzchu. Na tyle ta kombinacja krępuje ruchy, że Robocop przy nas to baletnica. 1:00, na zewnątrz +1*C. Odpalamy i w drogę. Ja na Red Lady (Jawa 350), Łysy z Kilanem na Lady Death (MZ 250). Cel: Warszawa, 300km. Nie znałem wtedy jeszcze mojego ulubionego cytatu z Dzienników motocyklowych: „Kurwa, jak zimno”, ale tak właśnie było. Jedziemy. Gierkówka. Gdzieś po drodze Łysemu wypadają zapłony. W dołku na wiadukcie zmieniamy świece, pomaga, jedziemy dalej. Częstochowa. Lady Death odmawia współpracy. Rozterka na przystanku autobusowym. Po krótkiej debacie dzielimy się Glukardiamidem, ja jadę dalej – mam misje do wykonania. Łysy z Kilanem mają czekać świtu na przystanku – trochę mam wyrzutów, ale w końcu Kilan ma w Częstochowie rodziców, więc nie zginą. Gnam przez noc oblodzoną czteropasmówką. Próbuję się zatrzymać przy drogowskazie Studzianki, bez efektu – lodowisko. Zakręty Śmierci gdzieś między Rawą Mazowiecką a Mszczonowem – jadę poboczem, wyprzedza mnie TIR. Co ciekawe sunie po lodzie na zablokowanych kołach. Groza. Świta. Wjeżdżam do Warszawy. Pierwsze skrzyżowanie i panika: co jest?!!! Telepie całym motocyklem. Po chwili dociera do mnie – to tarka przed skrzyżowaniem, rzecz dla mnie nieznana. Przedzieram się przez budzące się miasto, docieram do celu. Misja wykonana. Rzecz cudowna: wanna gorącej wody. Zrozumiałem wtedy, co jest najlepszym przyjacielem motocyklisty:)

Czas wracać. Cel: Nysa, 400km. Tankuję i w drogę. Jeszcze na adrenalinie, mknę na południe, na południowy-zachód. Gdzieś na opolszczyźnie otwieram oczy i widzę we mgle uskakującą przede mną postać. Jadę dalej z przeświadczeniem, że Glukardiamid to gówno, skoro pozwala przejąć prowadzenie autopilotowi. Powoli i ostrożnie, waląc się co chwila w kask żeby nie spać, docieram do celu. Zostawiam motocykl przed domem, wchodzę na piętro. Doskakuje do mnie Łysy z pytaniem: Byłeś w Warszawie?! Byłem… Przeżyli – dotrwali do rana, naładowali u kogoś akumulator i potoczyli się prosto do Nysy. Ja zrobiłem 700km i tez przeżyłem.

Zdarzyło mi się robić trasy dłuższe, szybsze, inne. Ale ta pierwsza na zawsze zostanie NAJWIĘKSZĄ WYPRAWĄ ŻYCIA. Między innymi dlatego, że zrozumiałem znaczenie wanny z gorącą wodą w życiu motocyklisty;P

Królica

Dzień w sumie zaczął się dobrze. Na śniadanie otwarłem sobie piwo i wnętrze kapsla poinformowało mnie o wygraniu kolejnego. Nastroiło mnie to nadzwyczaj optymistycznie. Oporządziłem zwierzyniec, polazłem z Najmłodszą do koniowatych:

[cenzura]

Zrobiłem Rodzince śniadanko – Najmłodsza sama sobie zrobiła. Pospawałem wydech Alfredowi, pomalowałem i takie tam. Oślica zasygnalizowała obecność dodatkowej pary nóg pod ogonem. Polazłem tam ze śnurkiem, nie żeby jakaś potrzeba była, ale trochę pociągłem (bo używałem krótkiego śnurka) i naświat przyszła Królica:

IMG_20180408_123619.jpg

Wygląda jak wygląda, ale teraz to ją słychać na całym gumnie jak się na cycku uwiesi. A Królica bo chwilę wcześniej znalazłem na drodze zajenca martwego, więc ani chybi jego midichloriany przeszły na gelaufena, a że nie wiem jak się nazywa zajenc pci przeciwnej, to niech będzie Królica.

Jakoś tak samo wyszło, że poskładałem trampolinę:

IMG_20180408_135301.jpg

Bo pogoda trampolinowa. Jeszcze trzeba pomyśleć, gdzie by tu basen umiejscowić i można czekać na lato.

Cyknąłem obiad – popisową kaszę ze skwarkami. Ze schabu. Niby mogłem zrobić schabowe z frytkami, ale Rodzinka nie powinna jeść za dużo spalonego… Potem jeszcze zajechały Fraglesy na kawę/herbatę, wyczesaliśmy z Najmłodszą koniowate i jakoś ten dzień zbliża się ku końcowi.

Chodzi mi po głowie od wczoraj jedna taka historia…

pokrewieństwo

No więc zaczęło się planowo. Obrządek a potem – na strzelnicę. Jako alfę dostałem do ręki Mossberga i położyłem wszystkie poppery za pierwszym razem, jako omegę TOZ-a i już nie było tak różowo, ale nadal bez wstydu. Ta część alfabetu pomiędzy to testowanie Fijodora:

20180407_110207

Bezlitosne pranie do tarczy nie wyglądało źle:

IMG_20180407_110429.jpg

Ale potem trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy: godzina z instruktorem jest warta tyle co sto godzin kowbojowania. Dowiedziałem się co robię dobrze, co mogę poprawić i co jest do dupy, a efekt poraził nawet mnie samego. Jeszcze trochę potrenuję i będę się przedstawiał: „Nazywam się Häyhä. Simo Häyhä”. Dla ułatwienia Żyrafę będę nazywał Zajcew. Wasilij Zajcew…

Po strzelaniu kurs na Olsztyn. Szwagier w ramach remontu mieszkania zechciał mi podarować parkiet. Parkiet zawarł się w dwudziestukilku workach które trzeba było znieść z czwartego piętra. Ciekawe, co mi powie jutro mój organizm?

W trakcie któregoś worka zadzwonił drugi Szwagier, ze skoro już jestem w Olsztynie, to może bym zajechał, bo ma rower dla Najmłodszej. Zajechałem. Rower był znikomą częścią tego, co załadowałem w ramach czystki garażowej. Szkoda, że Dukat się nie zmieścił…

Wróciłem do domu, dziewczyn nie było. Rozpaliłem w piecu i zacząłem wyładunek dóbr. W międzyczasie wróciły dziewczyny. W tym Aś z podejrzeniem zgruchotania kończyny dolnej. Bo się wyje… znaczy się schodziła po schodach z lodem w garści i tłumaczyła Najmłodszej, jak bardzo ma uważać schodząc po schodach z lodem w garści. Lekcja poglądowa wyszła… Skończyłem rozładunek i pojechaliśmy do Bartoszyc do szpitala, co to żadnego prawdziwego wołania o pomoc nie oleje. Nie powiem, było sprawnie, szybko choć nie ekspresowo. Na szczęście zgruchotanie okazało się być stłuczeniem. W trakcie oczekiwania na rtg dostałem telefon, że zmarł bliski krewny. Ojciec żony. Właściwie to daleki, bo żona kolegi, który dzwonił. Nie wiedzieć czemu wkurzył się, że go rozbawiłem. Nie mniej jednak pije właśnie za spokojną podróż ojca żony. Kolegi. W końcu to krewny…;)