Owies

Owies został skoszony i zbalotowany. Podczas tejże czynności pojawił się nowy mieszkaniec gumna:

Podejrzewam, że to imię techniczne, może ulec zmianie na bardziej przystające. Niemniej jednak chłopak jest zdrowy i szybki. Ciekawe, jak ja go zakolczykuję? Zapowiada się, że będzie nowym naczelnym, bo całe stado za nim biega;)

Przy okazji: Masza doczekała się trzech córek:

img_20190814_190914_6

Inwentarz się powiększa. I dobrze.

fisting analny

Do samodzielnego zbierania doświadczeń zaliczam przede wszystkim powtórkę z badania per rectum. Bo tak naprawdę ostatni raz robiłem to ze 30 lat temu. Tu mam o tyle łatwo, że potencjalne pacjentki stoją powiązane i nie uciekają po całym pastwisku. Rękawice służbowe są, więc wystarczy jeszcze chwila czasu i… jedziemy;)

Oczywiście sięgnąłem najpierw po wiedzę teoretyczną, pomijając rzucane przez weterynarza szyfry typu „G/G Gn” czy też wywołujące radość porucznika „G/Cl Pgn” – teraz już wiem o co chodzi, porucznik chętnie dzieli się wiedzą;). Zajrzałem więc do internetu, co też można ciekawego znaleźć u krowy w dupie. No i trafiłem na blog jakiejś studentki weterynarii, która rozczula się nad brutalnością badania rektalnego i podsumowuje swój wywód stwierdzeniem: „Nie gwałcimy. Przytulamy!”. Zacząłem się zastanawiać, jak bym się poczuł będąc z bolącą prostatą u urologa, a on miast wsadzić mi palec w dupę zacząłby mnie przytulać… Nie idźmy tym tropem.

Oczywiście badanie rektalne czynię tylko wtedy, gdy nie ma nic ważniejszego do zrobienia. Jak na przykład wspomniane już wypadnięcie macicy czy ostatnio na życzenie sierżant A odklejanie łożyska, bo „weterynarz nie dał rady”…:

img_20190818_133237_6

No fakt, trudno było i w ciągu dnia zrobiłem trzy podejścia, żeby wszystko wydobyć, a i tak ze 2 liścienie zostały na brodawkach. Ale jest ok. Nie dziwię się, że weterynarz mający od groma pacjentów nie chciał tracić czasu na jedną z trzystu i poświęcić jej kilku godzin z ręką w macicy. Efektem ubocznym mojego działania była kupa w kieszeni spodni i pełne matczynej miłości spojrzenie krowiszona, bo do tej pory czuć mnie wnętrzem jej macicy, więc traktuje mnie jak swoje dziecko.

Wracając do badania per rectum – za cel postawiłem sobie odnalezienie ciałka żółtego. Trenujemy więc do skutku. W sumie to badanie jest lepsze od mycia zębów, bo oral be, a anal okej;)

zły porucznik

Jakoś tak pierwszego sierpnia dowództwo naszło mnie przy paszowozie i zaskoczyło stwierdzeniem, że w sumie do robienia papierów już kogoś mają i czy byłbym zainteresowany awansem na kaprala w navy. Zeźliłem się nieco, bo końcu to ja tu przyszedłem z założeniem zostania lejtnantem, a tu taki psik. Ale jak to mówią – siła i honor, więc wstępnie się zgodziłem, przekładając ustalenie szczegółów na po manewrach. No i pojawił się ten nowy lejtnant. Nie wiem, czego się spodziewał, ale załoga twierdzi, że mimo stopnia lejtnanta magistra inżyniera, daje sobie radę z łopatą. Bo na dzień dobry poszedł przerzucać zboże… Coś tak czułem, że chyba nie tego się spodziewał i nie myliłem się – był od razu dwa dni: pierwszy i ostatni. Jakiś czas potem dowództwo przy tankowcu wyjaśniło, że zaszło jakoby nieporozumienie i chciałoby wrócić do poprzednich ustaleń, znaczy się awansowaniu mnie na lejtnanta po manewrach z jakimiś tam dodatkowymi obowiązkami mającymi mieć bezpośrednie przełożenie na gażę. Oczywiście skwapliwie przystałem na to rozwiązanie, raz śmiejąc się w duchu z naiwności dowództwa w kwestii exlejtnanta, dwa podejmując postanowienie, że na tej jednostce żywota nie dokonam ale zdobędę tyle doświadczenia ile się da. W efekcie dwukrotnie już trafiłem po służbie na szkolenie do byłego porucznika, zapoznając się z SOLem i ogarniając wyzwania praktyczne…

denaturat

No bywa i tak. Oczywiście staram się w miarę możliwości kształcić się samodzielnie, ale o tym w następnym wpisie. Plan jest taki, że do kolejnej wypłaty jest cicho i spokojnie, potem zacznę delikatnie wprowadzać wymagania, zwłaszcza dotyczące dni wolnych – bo na razie służba trwa na okrągło – pobudka 3:30, na 5tą na stanowisko, działam do 14-15, wracam do domu, jem obiad z naciskiem na piwo, ogarniam co nieco na gumnie, jak robi się ciemno idę spać, a potem dzwoni budzik i mimo, że mam niesamowitą ochotę dospać jeszcze te kilka godzin, zwlekam się z łóżka i idę na służbę niczym w jakimś black hawk down… Co do dalszych planów to po listopadowych dopłatach zamierzam twardo postawić na swoim. A jak to wyjdzie – czas pokaże.

Generalnie proszę szanownych Abonentów o wybaczenie, że nie piszę za często, ale zrąbany jezdem jak dziunia przed maturą…

Śmierć Motocyklisty

Właśnie do mnie dotarło, że w grudniu zmarł Colin Jenkins. Mam gdzieś jego zdjęcie z Wyspy Mann, gdzie ścigał się jako siedemnastolatek w roku kiedy się urodziłem. Miał wtedy dłuższe włosy;) Ostatni raz widzieliśmy się 3 lata temu na zlocie RE we Wdzydzach:

Nie, Tobie nie mógłbym życzyć spokojnej podróży. Życzę Ci szybkich zakrętów, Przyjacielu:)

powrót do przeszłości

Ponieważ któryś dzień z kolei przesuwa mi się koszenie gumna – bo ktoś, bo coś, bo jeszcze inaczej – zawziąłem się, że dziś się nie dam i skoszę. Nawet te radosne dźwięki z podwórka mnie nie zaniepokoiły. Ale jak już Aś wprowadziła towarzystwo, to zrozumiałem, że kolejna obsuwa następuje. Przyjechała Alicja z mężem i dziećmi. Znaczy się pani, która się w tym domu urodziła i chciała zobaczyć co tu się teraz dzieje. Pozwiedzali, pogadaliśmy, wymieniliśmy kontakty i fotografie:

img_20190731_160533_5

Potem oni wrócili do Niemiec, a ja wracam do koszenia…

od bohatera do zera

Monotonia zajęć na Darze Ziemi czasami urozmaicana jest wybrykami podopiecznych. Oczywiście jeśli takowe występują to występują masowo. Nie dalej jak wczoraj trójka bywalców pokładu zwanego roboczo „cielętnikiem” (zasiedlonym krowiszonami od gelaufena po byka 600kg) zaczęła z samego rana: jeden byś przeszedł był sobie na stół paszowy i nie chciał zejść – trzeba było go odpiąć i przeprowadzić, drugi byś zaklinował sobie nogę między rurą nośną a stołem paszowym – trzeba było go suwać po na szczęście wylanym szambie żeby go odklinować, a lasia w przededniu bycia krową wpadła między gelaufeny i pokazała im kto tu rządzi – rządzimy my, czyli ja i kapral Jeżyk. Lasia wróciła na z góry upatrzone pozycje. Ale to taka zwyczajność jest. Przedwczoraj rano zawitał nowy geluś:

img_20190728_055332_5

Poszło szybko i sprawnie. Tuż przed przerwą śniadaniową, podczas karmienia MC (Milk Cow – dla przypomnienia z czasów służby na Jokinen Maatila), zobaczyłem leżącą matkę gelusia z wywaloną macicą. Niezwłocznie poinformowałem Dowództwo, które równie niezwłocznie się pojawiło. Zapytałem czy czekamy na weterynarza, czy robimy sami – Dowództwo stwierdziło, że jak się czuję na siłach to robimy. Biorąc pod uwagę, że było to trzecie wypadnięcie macicy w mojej karierze (pierwsze zakończone poćwiartowaniem właścicielki macicy u Sąsiada, drugie u Milki kilka dni temu), ochoczo przystąpiłem do umieszczania znalezionej macicy w krowiszonie. Kapral Jeżyk dzielnie mi sekundował biegając na zmianę po wiadro z ciepłą lub zimną wodą. Ku mojemu zdumieniu udało się zapakować wystający element do środka krowy i to bez strat. Weterynarz który zjawił się chwilę po zakończeniu akcji stwierdził, że wszystko zostało już zrobione i pozostało mu podać leki. Otrzymałem oficjalne gratulacje od Admiralicji i do końca dnia czułem się jak bohater… A nazajutrz okazało się, że na cielętniku mamy zapchane szambo i trzeba je odetkać. Szczegóły pominę, ale uwierzcie mi, że był to gówniany dzień… Moje rozczulania się nad swoją niewielką wartością przerwał sztorm na Morzu Owsa:

img_20190730_132448_3

Fajnie byłoby włączyć wycieraczki, powstrzymał mnie przed tym tylko ich fizyczny brak, bo wyłącznik znalazłem… Lało tak, że nawet lądowisko przy mostku zatopiło:

img_20190730_134758_7

Na szczęście – niekoniecznie dla żniwiarzy – sztorm szybko się wypłakał i Matka Natura z niejakim zdziwieniem zapytała: deszcz? Jaki deszcz?;)

img_20190730_143424_9

A wieczór na dolnym pokładzie podobno też był ciekawy. Sierżant M nadużył, udał się w pobliże Kapral D, ubliżył jej słowem i czynem, co zobligowało sierżant A do wymierzenia mu sierpniowego doocznie. Resztę nocy sierżant M spędził w szatni a rano stawił się na służbę w ciemnych okularach z historyjką o zderzeniu ze zbiornikiem mleka. No bo nie odważył się na cytowanie klasyka: : „kobieta mnie bije”;) W efekcie sierżant A dostała trzy dni wolnego i zastępuję ją rano na wlewaniu w krowiszony gliceryny. No i tyle.

 

widoki

Dni na PGR Dar Ziemi bywają urozmaicone. Na przykład widokami:

img_20190724_073228_8

Urozmaicenie tego widoku polega na tym, że trzeba gadziny dogonić i podzielić. Pół dnia roboty dla sześciu osób. Ale nic to, bywają i insze widoki. Na przykład na termy:

img_20190724_125005_0

Nie ma się co gapić, ogrodzenie samo się nie zrobi. Przy okazji szkolenie z poruszania się indiańskim bogiem oraz pojazdem dowodzenia:

 

 

Można też polatać na mietle albo usłyszeć cytat z Heartbreakridge: „Dżons, idziesz na ochotnika na dach”…

 

A to wszystko oczywiście w zgodzie z BHP i PPOŻ:

 

A na przykład dziś po obowiązkowym paintballu z krowami, gdzie wszystkie pociski są brązowe, naprawiałem Dżondira rułom i młotem, jak na wysoce zaawansowany technologicznie ciągnik przystało;) Trening siłowy i kondycyjny trwa, co odbija się na wadze. A jedyny łatwy dzień był wczoraj…