Siódemka

Zleciało. Prejubileusz spędziliśmy w Olsztynie, gdzie dr Zabłocka była mile zaskoczona postępami zdrowotnymi Najmłodszej. Oczywiście to nie koniec, bo jak nas poinformowała, dorośli po takiej chorobie dochodzą do siebie przez dwa lata. Niemniej jednak jest dobrze:) Zwycięska husaria wygląda tak:

img_20181207_164331_3

No to w sobotę imprezka – w ograniczonym gronie, bo losu kusić nie lza, a jak ktoś się wychyli, to może zarobić kulkę…

img_20181208_135522_8

No i dziś mija 7 lat od spadnięcia Gwiazdki. Najlepszego:)

Na Bobrowym Szlaku

Pogoda dopisała, wyciągnąłem Najmłodszą na gumno. Żeby nie było za łatwo, nawet w pizdu do bobrów. Bo im akwen wysechł i ciekawe rzeczy zobaczyć można. Nie ma co, żeremie(a?) całkiem konkretne:

img_20181205_130555_4

A skoro budowla konkretna, to i wejście słuszne być musi:

img_20181205_130617_0

Wejść doliczyliśmy się pięciu, ale reakcji na „pukpuk” i „uhu!” nie stwierdziliśmy…

img_20181205_130847_0

No dobra, nie to nie. Wracamy do Końskiego Jaru, a jakże, Bobrowym Szlakiem:

img_20181205_131422_6img_20181205_131516_0

No a w Końskim Jarze czas się zatrzymał:

img_20181205_131915_3

Jakoś szkodniki nie kwapią się do położenia chybajesiona do wody. Podobnie jak Najmłodsza nie kwapiła się do przebycia rowu melioracyjnego w stylu Greystoke’a:

img_20181205_132531_9

Ale dębowa kładka była już ok:

img_20181205_132813_3

Jeszcze pożegnanie z największą tamą…

img_20181205_133008_4

…i wracamy na gumno. No bo obiecałem kurs na Młotku;)

img_20181205_134320_9

Zrobiliśmy kilka rundek i wróciliśmy do domu. Całkiem miły dzień nam się trafił:)

 

Świt Menela

Pamiętacie Galerię pod Rybim? Co to się nazwa nie przyjęła?

img_20181201_123035_8

No więc zostanie zamknięta. Żeby zrobić remont pomieszczenia. A po remoncie będzie tam zrobiona „sala wykładowa dla osób wykluczonych społecznie” czy jakoś tak. Znaczy się żeby menele mogli się tam wyłożyć czy cuś. Ewentualnie żeby uczyć patologię kultury picia. Ciekawe, czy na zewnątrz wrócą ławeczki ze stolikami, które, chwilowo jak się okazuje, znikły żeby powstrzymać wieczorne rozmowy przy jabolu.

Z tego co mi wiadomo, nowego miejsca dla Galeryjki nie przewidziano. Po raz kolejny jakaś tam inicjatywa (no sorry, fanem Galeryjki nie byłem, ale doceniałem zaangażowanie osób które ją stworzyły) padła kosztem dbania o tych, którym się przecież należy.

No i chuj. Rybi.

syndrom tezejski

Ponieważ wyniki wyszły całkiem dobre – choć odnoszę wrażenie, że badania mogły by być bardziej dogłębne, ale nie mnie pouczać lekarzy – puszczono nas do domu z garścią zaleceń. Oczywiście po drodze do domu – do którego chciałem dostać się jak najprędzej, relację z pobytu zostawiając na później – trzeba było wyposażyć Najmłodszą w akcesoria do oglądania jej topowego serialu Soy Luna. Przy okazji dziecko zgłodniało, więc ugiąłem się, niech będzie KFC. Dobrą chwilę musiała się nacieszyć świątecznymi ozdobami galeryjnej wylęgarni zarazków, no ale… a potem obowiązkowe Morze:)

 

 

W drodze powrotnej jeszcze Orlen i małe co nieco na rozgrzewkę. No a potem dom, gdzie oberwało mi się za czarne żagle. Ale ważne, że wróciliśmy i jest dobrze. No prawie, bo Najmłodsza odreagowała właśnie w miskę albo KFC, albo gorącą orlenowską czekoladę. Albo jeszcze coś innego. Mam nadzieję, że teraz jeszcze odeśpi i będzie mogła zająć się czymś bardziej pożytecznym, jak jadalniane wrotkowisko lub kociniec.

Następny szpital 7go grudnia.

Świenty Jeż zy Erlenwaldu- historia prawdziwa

Dawno, dawno temu… Chłopa w sianie robiącego szczeniak radosny dopadł i do zabawy w swój szczeniacki sposób skłonić próbował. Jako, że chłopina skacowany, bawić się nie chciał, mało tego, wkurwion krasnalem o żelaznych kapciach w głowie mu kopiącym, pchnął psiaka narzędziem w dłoni dzierżonym i śmierć niepotrzebną mu zadał:

img_20181121_205616_71.jpg

Chłopina okazję do wymigania się od prac błyskotliwie zoczył, medyków do podrapanej szczenięcą radością nogi wezwał. Medyk na pomoc śpieszący pierwej panienkę spadniętą z konia opatrzył, a chłopu kazał do kościoła się udać i o zdrowie modlić. Poszedł więc chłop do świątyni, gdzie kapłanowi w czerni wyznał, jak to go bydlę wściekłe dopadło, pianę tocząc członków pozbawić chciało, a on się nie uląkł jeno orężem rolniczym potwora zgładził. Na dowód swej prawdomówności nogawicę poszarpaną okazał i medyka na świadka cudu wezwał.

Zadumał się kapłan nad historią, chłopinę trzema zdrowaśkami spławił, a przy wieczerzy w zacnym gronie taką oto wersję przedstawił:

jeżzy

Na okoliczność wcześniejszej gawędy o Jeżu w żelazo zakutym, której autor napitkiem zmożony cicho charczał pod stołem, nazwał swego bohatera Jeż-zy’m, atrybut krystowierczej świentości mu nadając. Po czym legł pod stołem i zachrapał snem zasłużonym.

A legenda pozostała.

 

Wakat

W zrealizowanych marzeniach pojawiła się dziura. Alfred w nocy wyruszył w podróż beze mnie:

img_20181121_000407_3

Pojechał daleko, bo w polszcze ludzie nie dorośli do posiadania dwukołowego diesla. Niech zatem cieszy pana Luciano, a ja pomyślę jak zapełnić wysokoprężną pustkę.

Na pewno nie zrobię tego przy pomocy Kulki:

img_20181121_133540_0

Trzymanie zwierząt w domu jest przeciwne mojej naturze. Nawet takiego kociaka. Nie i koniec. Nie. No chyba, że na chwilę…