Przeznaczenie?

Byl taki czas, kiedy moim marzeniem bylo Kawasaki ZZR1100. Pierwszy pogromca 300km/h, krol przecinakow. Mrzylo mi sie to na poczatku studiow. I ta mrzonka kojarzyla sie nieodmiennie z przeswiadczeniem, ze sie na tym motorze zabije, przy 250, zwalniajac z 300. Taaa, bzdety dwudziestokilkulatka.

Nastal taki czas, ze kupilem sobie Kawasaki ZX11, czyli ZZR1100 made in USA. Swiadomosc mozliwosci maszyny jest dla mnie wystarczajaca, dlatego pozwalam sobie na max 240km/h. Staram sie nie kusic losu…

Rok temu dachowalem Focusem, skonczylo sie polubownie, pasazerowie ok, ja zlamane sklepienie czaszki. Drobiazg. Focus mial nr rej. NBA S954.

Dzis wreszcie przerejestrowalem zygzaka na finskie blachy. Ta chwila budzila nieposkromnione emocje, bo sporo motocykli ma tutaj rejestracje zaczynajace sie na NI. Bylaby to prawdziwa ironia losu. Ale los nie zakpil ze mnie. Los dal mi numer I S954…

Destiny – powiedzial Andriej w kirjasto, gdy mu o tym wspomnialem.

Dziwnie sie czuje…

olowek – z opowiesci Remigiusza

Koncze szkic tego motylka. Piekny jest. Dojka (nelja) Wilburna. Kawal swiata przejechalem, zeby ja zobaczyc. Wilburn mial szczescie. Dziwnie co prawda skonczyl jak na naukowca, no bo niby za co mogli go zabic? I jeszcze ta legenda, ze klatwa motyla. Bzdura. Ale ludzie wierza w te bzdury. I jeszcze ten zakaz fotografowania. Nie ma zdjecia tego motyla w zadnej publikacji. Tylko szkice. Kto probowal robic zdjecie, znikal. Pewnie sprzedawal je kolekcjonerom za kupe kasy i pryskal na Kajmany. Ocho, zaczynaja sie zbierac, zaraz zamkniecie. Kurcze, fajne jest takie muzeum w prywatnym domu. No dobra, teraz olowek na krzeslo i idziemy. W drzwiach wejsciowych czeka portier, jestem ostatni.

          O cholera, zapomnialem olowka – wale sie glosno w czolo – Prosze zaczekac, za chwilke wracam.

Zanim portier zdazyl zaprotestowac odwrocilem sie na piecie i biegiem z powrotem. Po drodze wyciagam z kieszeni telefon z aparatem. Przykladam do ucha, udaje, ze slucham. Wpadam do sali, staje przed gablota i cykam fotke za fotka. Super. Slysze kroki na schodach. Chowam telefon, ide do drzwi.

          Juz zamkniete – portier jest wyraznie zdegustowany moim zachowaniem.

Usmiecham sie przepraszajaco, mijam go w drzwiach i zbiegam do wyjscia. Uff, jestem na zewnatrz. Caly dzien w zamknieciu daje popalic. Zwlaszcza przy tej pogodzie. Ale mam zdjecia!!! Warto bylo. Heh, i jeszcze te legendy. Podobno ujeto zabojce Wilburna i zamknieto go dozywotnio w wiezy ratuszowej. Dziwne miejsce na wiezienie, dziwna kara jak na dzisiejsze czasy. Podobno wyl jak opetany przez kilka dni. Ludzie mowia, ze to jakis szaleniec byl. Zeswirowal na punkcie eksponatu i chcial wykrasc czy cos. Tez podobno robil rysunki i zdjecia. Moze przez ta historie Dojka stala sie taka slawna? Niewazne. Wazne, ze mam zdjecia.

Klepnalem sie zadowolony po kieszeni i stanalem. Olowek! Pamiatka po… Musze po niego wrocic. Cholerny idiota. Ten olowek jest wazniejszy od wszystkich motyli swiata. Wrrrr. Biegiem z powrotem. Pogoda sie jakos nagle zmienila. Przed chwila tedy szedlem, nie zauwazylem, ze jest taka gesta mgla. Moze to dym? No ale zaabsorbowany czym innym bylem. Dochodze do drzwi Muzeum Entomologii. Nadal sie dziwie, ze to wyglada jak zwykly dom. Zaraz, tu chyba byla tablica informacyjna? Pewnie portier zdjal, zeby wyczyscic. Tym lepiej, moze bedzie zajety. Drzwi otwarte, hmmm. Wchodze i cichutko wspinam sie na schody. Wymowke mam dobra na raz, ale dwa razy wracac sie po olowek? Na szczescie nikogo nie widac. Wchodze do sali z Dojka. Jakos tu inaczej. Co to? Na podlodze ktos lezy! Portier? Nie… Podchodze, przyklekam przy lezacym. Zaraz, przeciez to… Wilburn! Na schodach slychac tupot wielu nog. Zrywam sie przestraszony, cos tu nie gra. Przez uchylone drzwi wpadaja policjanci.

-Nie ruszaj sie! – krzyczy pierwszy i celuje do mnie ze spluwy – Rece do gory!

Kurde, to jakas paranoja. Skuwaja mnie. Jak przez mgle (mgla!) slysze glosy. „Mial szkice, i zdjecia!”, „morderca!”, „taki mily starszy pan, tak kochal tego motylka”, „do wiezy z nim!”. Gdzis mnie wloka, probuje sie szarpac, ale jest ich zbyt wielu. Sila wpychaja mnie na jakies schody, wrzucaja do ciasnego, ciemnego pokoiku. Drzwi zatrzaskuja sie za mna. Dopadam okna, zakratowane. Na zewnatrz mgla biala jak mleko. Zabrali mi wszystko, teczke z rysunkami, telefon ze zdjeciami. Olowek! Zabrali mi olowek! Chwytam za kraty, probuje sie z nimi, na nic.

– Olowek!!! – wyje – Oddajcie mi olowek!!!

czynnik ludzki

J bardzo nalega na to, zebym przyjechal, uzasadniajac to tym, ze dzieci sie za mna stesknily. Ja za nimi tez, w sumie dwa miesiace sie nie widzielismy. Jednoczesnie napomknela, ze musze jej papiery rozne podpisac. Plenipotencje na sprzedaz domu, bo juz podjela w tym kierunku bardzo powazne kroki i papier na paszport dla W. Jakos tak powoli to chyba do mnie docieralo. Pytam, po ch… jej plenipotencja? Bo mi nie ufa, bo przeciez ona moze znalezc klienta a ja wtedy sie nie zgodze na sprzedaz. I chce miec to na papierze. Paszport dla W istotna w sumie rzecz. Odruchowo zapytalem po co? No zeby mogli na przyklad do mnie przyjechac. Taaak, dopiero nad ranem do mnie dotarlo, ze w UE nie trzeba miec paszportu… Sprzedaz domu wczesniej poruszalismy, ze jest taka mozliwosc. Rozumiem, ze skoro jest tam teraz sama z dziecmi jest jej ciezko. No i radzic sobie tez radzi, bo jak jej woda wysiadla i zawezwala hydraulika (udalo sie znalezc tylko jednego!) to zaproponowal jej wymiane pompy w hydroforze. Pompa za 1000 robota za 500. W hydroforze ktory kosztowal dwa lata temu 250. Podsumowujac to jeszcze chciala znac moje zarobki. Do kredytu na mieszkanie. Bo juz byla ogladac i w Piasecznie, i w Joze…costam. Lokalizacje argumentuje tym, ze nie chce tracic 3 godziny dziennie na dojazdy do pracy (pracy, ktorej nie lubi, jest jej tam zle, ktora ja wpedza w depresje, pracy w ktorej nie widzi swojej przyszlosci).  A nie chce opierac sie tylko na tym, ze sprzeda dom i bedzie musiala na szybko szukac mieszkania. Brzmi to wszystko w jej ustach prawie spojnie i prawie logicznie. Glupio sie tylko wygadala z tym, ze mi nie ufa. Chociaz to spojnie i logicznie jest takie troche obce, nie jej. Jakby powtarzala wyuczona na pamiec lekcje. A, no i oczywiscie pomysl na plenipotencje podobno jest po rozmowie z prawnikiem.

Heh, no i niech mi ktos teraz powie, czy podejrzenia ktore rodza sie w mojej glowie sa skutkiem urazu sprzed kilku dni, czy wrodzonej lub nabytej manii przesladowczej?

Ostatni raz rozmawiala ze mna w taki papugowaty sposob kilka lat temu, jak zastanawialismy sie nad rozwodem. Wtedy byly to lekcje „zyczliwych” sasiadek, byl nawet i prawnik, podobno bardzo dobry, do ktorego poszlismy sporzadzic porozumienie, za co J zaplacila, mimo ze facet wyraznie jeszcze przy mnie powiedzial, ze z punktu widzenia prawnego to porozumienie nie ma zadnej mocy…

Tak, rozmawialem juz z szefem odnosnie urlopu. Tzn wymienilismy smsy. Ja zapytalem kiedy, on mi odpisal, ze jesli to nie jest sytuacja alarmowa, to zebym zostal do piatku, a jesli jest, to zebym wzial z garazu potrzebne czesci hydrauliczne i narzedzia i jechal od razu:D (no bo wspominalem, ze jest problem z hydroforem). No ale skoro sytuacja nie jest alarmowa, bo hydraulik (jedyny w Polsce!) jest zamowiony na dzisiaj, to zaczekam az sie szef troche z polem odrobi, moze dzieki temu bede mial wiecej tego wolnego. I pojade wreszcie zobaczyc sie z dziecmi. No i z J. Za nia tez sie stesknilem. Ciekaw jestem, o co tu tak naprawde chodzi.

Human factor – zjawisko wystepujace wtedy, gdy jedna z osob/elementow naszego dopracowanego planu, nie wykazuje sklonnosci do postepowania zgodnie z naszymi wytycznymi.

cukier

uderzylem sie rano w glowe. Az mi w szyji chrupnelo. Mam mdlosci, ale zrenice sa jednakowe, wiec nie jest zle. Takie urazy leczy sie cukrem. Wpieprzam wiec cukierki z koniakiem i zapijam piwem. Spieszylem sie zeby J kase wyslac. Bo musi miec na juz na hydraulika bo wody w domu nie ma. Poprosilem szefa o wyplate, przeslal na szybko, duzo mniej niz sie spodziewalem. System bankowy sie powiesil i w efekcie poszly dwa przelewy: normalny i skasowany z oplata 26e. Nie dalo sie zatrzymac ani cofnac. Nie udalo mi sie dostac do poczty eranetu, system no abla. J zadzwonila z pytaniem ile zarabiam, potrzebne jej to do kredytu. Na mieszkanie. I sprzedaje dom. Tak, potrzebuje duzo cukru. I piwa. Normalnie chyba od tego uderzenia mam jakies kurwa omamy. Moze do jutra mi przejdzie…

Konkarin Loma

dzis w pracy byl luz day, z obowiazkowym grillem i kawa. Wiec zaraz po, nie gnany glodem do domu, zrobilem wycieczke do KL. 15 km szutrowej drogi i wreszcie znalazlem miejsce gdzie moglbym sie kiedys wybrac z rodzinka. Jeziorko otoczone soczysta zielenia, wolnostojaca sauna, wiata z przygotowanym drewnem i zapalkami, duzy drewniany stol obok paleniska… Gdyby nie dokuczliwe owady to istny raj by byl. Przystanalem potem przy jakims domku z boiskami do siatkowki i poszedlem toto oblukac. Ani chybi knajpa w budowie. Z pobliskich zabudowan wystartowal w moim kierunku bialy dostawczak, pomyslalem ze mnie pogonia. Zajechala leciwa dama, ale ani ona mowy ludzkiej nie znala, ani ja miejscowego narzecza. Dotarlo do mnie w koncu ze pyta czy kafejki jakiejs szukam. Odparlem ze nie, tylko miejsca godziwego na popas przyszly. Dodalem, zem puolasta i rozjechalismy sie w zgodzie. Ech, piekny tu kraj jest…

riders day

rano jakos wstalo mi sie nieociezale, wiec zebralem sie szybko i pojechalem do Kauhajoki, usprawiedliwiajac wypad koniecznoscia nabycia sprayu do lancucha. Pocalowalem klamke bo zamkniete bylo, wrocilem do mojej wsi i kupilem ten smar w pierwszym sklepie. No ale gdybym od tego zaczal, to ominelo by mnie 80km winkli;). W pracy szlo razno, skonczylem po 16tej, szybki shitburger i z powrotem do pracy, ale przez Honkajoki, Merikarvie, Harkmeri i Uttermosse. Czyli 150km, wypatrujac morza miedzy drzewami, bo ciezko znalezc swobodny dostep:/. Ogolnie wyszlo mi dzis 275 km z dwoma przerwami na prace;). Samochodem bym tego nie zrobil… Ale na motorze dobrze sie mysli:). Kakao i spac. Dobranoc:)