swiatowy dzien serca

Zgodnie z moim „politycznym” kalendarzem dzis jest Swiatowy Dzien Serca. Motto na dzis: „jesli sie chce, by mezczyzna czy chlopiec pozadal danej rzeczy, nalezy ja jedynie uczynic trudno osiagalna” M. Twain. Ponadto chcialby ustanowic dzis dzien „lamania glupich postanowien” oraz „dzien wyrazania sie bez slow” (proba w nastepnej notce). A wszystkim dzisiejszym solenizantom i jubilatom – zycze po prostu szczescia:)

Mala krowa

Wczoraj byl ciekawy dzien. Zaczal sie od smsa od tej babki od fiesty, o ktorej przyjade po samochod:). Odpowiedzialem, ze raczej nie dzis, dopiero jak bede mial kase, wiec jutro lub w piatek. Ubawila mnie tym pilnowaniem terminow… Potem wizyta na poczcie, gdzie bez wiekszych problemow nadalem przesylke zgodnie z moimi dyrektywami. Potem skoczylem zobaczyc czy jest juz ta karta zeby telefon doladowac. Jeszcze nie. Pan rzucil wiazanke na temat dostawcow, z ktorej wylapalem „berkele” i „keskivikko” (pierdolency, sroda). Rownie dobrze mogla byc pod moim adresem, ale zachowywal sie przyjaznie. Wsiadl w samochod i pojechal. Nie chcialo mi sie czekac, skoczylem do domu. Ale pod drzwiami telefon, ze „sonera lataus on”, wiec wrocilem po ta karte. Z powrotem do domu i doladowanie. Kolejna oznaka dobrego dnia to fakt, ze z karty za 20e uzyskalem 30e na rozmowy. Potem do pracy, dzien spokojny, przy kawie strescilem moje perypetie z ta pania od fiesty, co zostalo przyjete nad wyraz radosnie. Kontrolnie zasugerowalem szefowi, zeby sie tam ze mna wybral np w czwartek, ale najpierw niech zadzwoni i sie umowi. Zadzwonil, rozmowa zaowocowala stwierdzeniem, ze jedziemy dzisiaj, bo jutro kobita ma cos do zalatwienia. „She want you today” jak sie wyrazil… I przypomnialem sobie moj sen z tej nocy, w ktorym pojechalem niedawno kupionym staym fordem do bylej wlascicielki dopytac sie o jakies tam czesci. Przyjalem wiec to za znak i po szybkiej chinskiej zupce pojechalismy. Mercedesem. Wyrazilem ubolewanie, ze jak nas zobaczy w takim samochodzie, to nie bedzie sklonna do negocjacji (cena wyjsciowa 400e). no nic. Dojechalismy, kobita nas znalazla, zawlokla do siebie na podworko, zawolala meza (?) i zaczelo sie kupowanie. A, na podworku kilka duzych amerykanskich vanow, babka przyjechala po nas nowym BMW, wiec mersu nie byl zlym pomyslem. Fiesta jak fiesta. Co jest urokiem cywilizowanych krajow to to, ze w samochodach niezaleznie od wieku praktycznie nie ma zadnych „patentow” i klebow drutu, kabli i sznurka pod maska i deska rozdzielcza. To taka cecha starych samochodow w PL. Dobra, zapalilem i jazda probna. Hamulce sa, sprzeglo jest, ale wyraznie sciaga na lewa strone. Nie wali spalinami spod korka oleju, bedzie zyc. Trudno to samo powiedziec o oponach, ale skoro przeszla tydzien temu finski przeglad, to znaczy ze sa dobre:/. Zimowe kola udalo sie odnalezc tylko 3, na koniec negocjacji dala papier, ze dosle mi jeszcze dwa. Radio jest i gra, choc pamietam podobne z pierwszej skody dziadka. No i zaczalem negocjacje, czyli narzekanie, ze to kupa (…), ze opony, ze sciaga, ze na pewno pali 15 a nie jak mowia 5… zaproponowalem 200, potem 250, potem zaczelismy sie zbierac i skonczylo sie na 317e. plus minus 20c, bo doliczylem sie do 316 i dosypalem reszte drobniakow jakie mialem w kieszeni. Zapytalem czy jest benzyna, bo wskaznik lezal na dnie. Facet z przekonaniem odparl ze „jooo, bensa on”, co mnie utwierdzilo w przekonaniu, ze wskaznik jest padniety. Zakonczylismy papierkowe rzeczy (tutaj to zdecydowanie prostsze niz w PL – po prostu kupujacy wrecza kase, sprzedajacy wrecza 2 czesci dowodu rejestracyjnegi i po sprawie). Wracamy. Zajezdzamy na stacje, kontrolnie stwierdzam, ze doleje, bo nie wiadomo ile jest tego paliwa. No i weszlo 32 litry a konca nie widac… „joooo, bensa on”, ale dopiero teraz! Wskaznik ledwo drgnal, ale przez te 90 km do firmy podniosl sie prawie do polowy. Jazda powrotna to byla meczarnia. Bardziej przeze mnie niz przez mala krowe (tak ja ochrzcilem: pikku lehmä:)). Ja po prostu nie nadaje sie do jezdzenia jak jest ciemno, mokro i swieca z przeciwka. Jade jak ten byly szef  Sandoza, co to na pytanie kumpla dlaczego nie uzywa wycieraczek odpowiedzial, ze i tak nic nie widzi… no ale dojechalismy (mimo zmiennych predkosci autostradowych predkosciomierz niezmiennie pokazywal mi dozwolone 80km/h), szef kazal mi wstawic mala krowe w garaz na miejsce mercedesa, tuz obok audi, tlumaczac to tym, ze pierwszej nocy w nowym miejscu nie powinna byc sama… No a ja poszedlem jeszcze sobie popracowac i pogadac z zygzakiem, zeby sie nie czul zaniedbany. Taaaak, to byl… intensywny dzien;). A niebawem zalacze zdjecia malej krowy (jak bedzie ugodowa, to i w neglizu;)).

pod gorke

jakos tak dzis mam… jedno co mi sie udalo, to zatankowac. zakupy na poczcie nieudane, bo zamkniete. pojechalem po karte do telefonu, ale okazalo sie ze nie ma. i od wczoraj telefon mam tylko do "przyjmowania". no nic, pewnie to wszystko dzieje sie po cos…

rozmowa:

on: dlaczego nic nie mowisz?

ona: bo mysle.

on: o czym myslisz?

ona: gowno cie to obchodzi.

taaak, i zrozum tu kobiety…;)))

wczoraj trzy kobiety mnie zaskoczyly. kazda inaczej, kazda na swoj sposob. kazda mile. milego dnia:)

Karhu translator

Wieczor uplywal pod znakiem umierajacych glupcow M. Puzo. Nagle slysze jakes achy i ochy przed moimi drzwiami. Postanowilem zignorowac. Ale nie dalo sie, bo przeciez zygzak tam stoi. Wiara w lokalne poszanowanie cudzej wlasnosci powstrzymala mnie przed wyskoczeniem na zewnatrz z nozem w reku, ale uslyszane „hieno pyora” (zajebisty motor) wzmoglo czujnosc. Po glosie poznalem jednego z trunkowych sasiadow, co to swojego czasu stoczyl pod mymi drzwiami boj z rowerem. Remisowy. Kontrolnie udalem sie do kuchni, by pod pozorem dolania herbaty zalukac przeze okno. No i zostalem przyuwazony, co objawilo sie jakims glosnym pytaniem w lokalnym narzeczu. Zignorowalem, ale pytajacy nie odpuscil. Wolna (od piwa) reka otworzyl sobie drzwi i zawital w moje skromne progi. Po czym powtorzyl pytanie, rozbudowujac je nadmiernie. Osadzilem go uprzemym „en puhua suomea” (no habla finski) i zapytalem stropionego tym sasiada: do you speak english? Zignorowal moje pytanie, odzyskal rezon i zaczal ciagnac monolog, zwilzajac od czasu do czasu jame gebowa Karhu III. Wylowilem z jego monologu jakies trzy slowa, ktore sprowadzily na mnie olsnienie, wiec potwierdzilem jego wypowiedz uniwersalnym „jo, kylla” (tak, TAK) i blysnalem intelektem wskazujac za okno: „tuhat sata sentimetrii”. Powtorzyl z niedowierzaniem „tuhat sata” (1100), a ja lsnilem dalej: „sata viskymente hevonen voima” (sto pindzisiat wscieklych mechanokonia), „kolme sataa kilometrii tuntissa” (trzy paki na godzine). On wtracal swoje achy i ochy i jeszcze jakies tam monologi. Jak juz watek sie urwal, zaistnialem angielskim zwyczajem o pogodzie, i pokazujac w gore rzeklem „talvi” (zima), a nastepnie na zygzaka i z dezaprobata „ei talvi” (nie zima… sam kurwa nie wiem co chcialem przez to powiedziec), no i poinformowalem go o zamiarze zakupu samochodu „auto ostetaan”. Ozywil sie wyraznie i z potoku slow wylowilem „saabi”, „turbo ruisku” (tera to juz wiem, ze ruisku to wtrysk, a nie zaden zastrzyk, jak probowal mnie przekonac slownik) i zaowalowana propozycje „vaihto”. Zasmialem sie i osadzilem go twardym „ei. Ei vaihto” (ni chuja sie nie zamienie) po czym zaczalem sie zbierac, uprzedziwszy sasiada, ze „mina ajaa tyo” (moja jechac tyrac). Juz przed drzwiami (zauwazylem zmeczona reklamowke, ktora dzis w zastepstwie roweru pchala go do domu, ale sie zmeczyla i postanowila odsapnac pod moimi drzwiami, a on postanowil jej ulzyc i ujal jej jedno piwo) ja wsiadlem na zygzaka a sasiad usluznie podal mi kask. Sheiowalem go na pozegnanie i pojechalem do pracy. Taka konkluzja mi po tym zajsciu pozostala, ze jak sie czlowiek odpowiednio nawali, to i porozumiec sie mozna z obcokrajowcem (w miedzyczasie napomknalem mu, zem „puolasta” i pokazalem zdjecia „yyyyy ja lapsia” (zona i dzieci)). Jakbym jeszcze ja sie do tego nawalil, to pewnie bysmy sie zupelnie dobrze zrozumieli… no nic, Karjala byla w promocji, zaopatrzylem sie i trenuje;). 2006-09-22 0044

Rozmyslania

Babcia nadal w szpitalu, moze w piatek ja puszcza do domu. Moze. Pytalem mame, czy przyjedzie na urodziny mlodej, ale nie. Ociec ma kolejnego guza mozgu, kolejna operacja. Cholera, to chyba rodzinne. Babcia krwiak, ociec guz, ja pierdolniety jestem od zawsze, ze o tej rozwalonej glowie nie wspomne. I jeszcze jak juz sie dostane do kompa to glupawka mnie ogarnia i tylko bym sluchal wszelkich wariacji na temat hymnu radzieckiego. Ale chyba lepsze to niz Koran. Jeszcze do polowy nie doszedlem, a juz chwilami bierze mnie chetka isc w niedziele do kosciola i rzez zrobic. Na razie poprzestaje na robieniu obiadu. W sumie to wszystko jedno. W Laponii spadl juz snieg, to znak, ze za 3 tygodnie zima dotrze tutaj. Czuc ja juz w arktycznym wietrze. Przywiewa mi tu na bagna (bajora?;)) jakas depresje… Wczoraj siostra nazwala to nostalgia. No a nostalgia to podobno tesknota za domem. Czuje sie jakbym mojego juz nie mial. Zreszta, to tylko budynek i to w miejscu, gdzie chyba nie chcialbym juz mieszkac. „Choc mury twierdzy runa, nie bede bronil ich potegi, wole na zawsze byc kochanym…”. Knightriders. 2006-09-20 1931.