Powrot przemytnika

Zaczal sie stosunkowo wczesnie, bo o 6tej trzeba bylo wyjechac z R. No i ledwo wyjechalismy, bo z racji roztopow ciapa sie zrobila na tych wsiowych gruntowych drogach niemozebna. Ale jakos dowalczylem do katowickiej i huzia na lotnisko. Tam zobaczylem dluuuuga kolejke, wiec stanalem. Nawet mimo przeczucia, ze to nie ta kolejka. Jak juz dotarlem do check-in, to mi mila pani powiedziala, ze to nie tu, tylko gdzie indziej i nie teraz, tylko pozniej. No to poszedlem na kawe. W miedzyczasie otarlem sie o tablice informacyjna, co wolno a co nie przewozic i w jakich ilosciach. Skonstatowalem, ze zawartosc mojej torby wyraznie odbiega od limitow celnych, ale tym razem posluchalem przeczucia, ze jakos to bedzie. W koncu z zimna krwia nadalem pelna alkoholu torbe na bagaz (modlac sie w duchu zeby sie nic nie potluklo) i wyluzowany jak zawodowy salakuljettaja kupilem sobie gazetke i odczekalem te jeszcze dwie godziny na otwarcie gaci (GATE OPEN znaczy;)). Potem nuda w samolocie przez poltorej godziny i wreszcie Helsinki. Torba wygladala na nienaruszona przez security control, tylko jak zwykle byla cholernie ciezka – ten ciezar zauwazam z chwila wyjscia z terminala i uprzytomnieniu sobie, jak ja mam daleko na parking… Dotarlem, krowka sie schowala pod 15toma cm sniegu. Odkopalem nieco, zapalila za drugim razem (w koncu tylko –5 bylo), odkopalem reszte, zaplacilem za parking „pusta” karta kredytowa i pojechalem. Zabladzilem po drodze tylko dwa razy (idzie mi coraz lepiej), przerwa na tankowanie i cosik do jedzenia w polowie drogi. Do domu bez przygod dotarlem w rekordowym czasie 5 godzin i 10 minut. I oto jestem:)

jestem, wiec pije…;)))

przygotowanie do powrotu

zakonczone. Spakowany jestem, jutro bladym switem wyjazd na lotnisko. Zostawiam J polski telefon, zeby miala internet, wiec jestem tylko pod finskim.

Mlodzian zdecydowanie lepszy, kaszle jeszcze ale juz nie ma takiej makabrycznej goraczki. Ksiezniczka cokolwiek spiaca, juz padla.

No nic, trzeba isc spac. Dobranoc i do zobaczenia "po drugiej stronie"… Baltyku;)

urodzinowo

no mlody obchodzil kolejne siodme urodziny, w marnym stanie:

no bo przyszlo 39,8 i nawet mu sie zwlec nie chcialo:(

no ale byly i wzloty, ta goraczka go falowo dopada…

a i tort wzbudzil jego niejakie zainteresowanie

choc jak widac mloda tez byla zainteresowana, no ale ze z towarzystwem bylo marnie, pocieszala sie jak mogla:

no, nic, pewne rzeczy trzeba po prostu przechorowac:/

fotowspominki

z ostatniego tygodnia u finow:

listonosza zawialo…

a tak wkradal sie mroz do obory (sceneria przypominala kadr z "Pojutrze")

ale niektorzy to sobie ladnie mieszkaja…

a inni pracuja;)

a mlodziez od najmlodszych lat przygotowuje sie do waznych funkcji rodzinnych:)

No dobra, wystarczy wspominek na dzis, czas zajac sie oporzadzeniem budzacej sie rodzinki.

w Polszcze

Wyplulo mnie wczoraj z samolotu niespiacego. Chwile trwalo zanim M mnie odnalazla, potem do domu. "Poprzez pola gier" (moje ulubione stwierdzenie z filmu Tron:)), zasniezone poniekad dotarlem do domu, gdzie stwierdzilem… obecnosc J! No, zdarza sie nie pojsc do pracy, zdarza sie. Dzieciaki sie ucieszyly, co zostalo okraszone odpowiednimi minami:

Prezenty zostaly rozdane, posiedzielismy chwile, przysluchujac sie domowym dyskusjom z silom i godnosciom osobistom prowadzonym:

A potem nadszedl dlugo wyczekiwany i upragniony moment pojscia do dentysty:/. Wzialem mondziaka, oczywiscie okazalo sie ze w obu zbiornikach paliwa jest glownie echo. Poniewaz J nic nie przywiozlem tym razem, postanowilem chociaz wygnaj jej echo z samochodu co uczynilem przy pomocy trzech stuzlotowych banknotow:/. No a potem rowno godzinka na fotelu u dr-a Kaniuta. Niech ktos ot tak dla sportu siadzie sobie kiedys na godzinke z rozdziawiona paszcza i nie zamyka jej, to nie bedzie sie dziwic ze wyszedlem stamtad cokolwiek zmeczony. Zgodnie z porada pana doktora udalem sie do sklepu i zaopatrzylem w oddolegliwiacz w postaci (niestety) trojniaka, bo dwojniakow nie mieli. No i pilismy z Wiwia (Zadus nie chcial, wolal sie uwalic doslownie:

)

a mlody z J pojechali do lekarza, bo przeciez to zapalenie pluc grasuje w okolicy i oczywiscie sie zalapal. Nie ma to jak pochorowac sobie w urodziny. A pozniej to jeszcze byla rozmowa z J (oj, pomijajac to czego sie spodziewalem to i doszlo jeszcze pare rzeczy ktorych sie nie spodziewalem), nie tylko rozmowa, ale co mnie przede wszystkim uderzylo to fakt kompletnego wybicia sie ze snu. W koncu jednak jakos udalo mi sie "odleciec" i dotrwac do rana, aby wrazenia powyzej zamiescic;)

maraton bezsennosci

no jak wstalem wczoraj rano i poszedlem do pracy i wogole, to juz bedzie ze 24 godziny na nogach (no, czesciowo na d…). Po pracy raczylem wsiasc w fure, zajechac pod Isojocki bankomat coby sprawdzic stan konta, bo szef mial kase puscic zebym po drodze z braku paliwa nie stanal. Sprawdzilem i musialem usiasc w krowce i napic sie kawy z termosu, bo takiego wyniku na koncie to sie nie spodziewalem… normalnie jak wroce do pracy to cala obore za to wylize;).
No a potem w trase. Przed "czarna" godzina (3:15) udalo mi sie dotrzec do restpunktu i pasc na… no dobra, napysk i mimo radosnego smsa z zyczeniami niespania utracilem przytomnosc na 40 minut. Potem kawa i kanapka i dalej w droge. Jakos o 6tej dotarlem na lotnisko, porzucilem krowke na P4, znalazlem stanowisko Finnair i zapytalem czy ten swistek z drukarki za ktory zaplacilem prawie 200 euroa wystarczy zeby poleciec. Pani powiedziala, ze wystarczy, druga pani w check-in potwierdzila i nawet dostalem to samo miejsce co sobie wybralem (nie to co LOT). Jak juz mnie zrewidowano na bramce (jak zwykle piszczala, pewno mam jakies protezy metalowe albo co;)), to sie dossalem do kompa w kafejce i piszem bo mogiem:). Moze w samolocie sie troche przespie, a moze nie. A potem sie zobaczy. Milego czegostam Wam zycze:)