bajka interaktywna

Wczoraj wieczorem mlody chcial zeby sie z nim pobawil a mloda chciala bajke na dobranoc, wiec doznalem olsnienia i "pobawilismy" sie w opowiadanie bajki – kazde z nas po kawalku, zeby zachowac ciaglosc historii. Bajka wyszla glownie o odchodach i na wesolo, przy czym mnie najbardziej ubawilo to, ze syn tyranozaura nazywal sie "janpaweldrugi". Utwierdza mnie to w przekonaniu, ze chrzescijanstwo jest starsze niz myslalem…;D.

No i paleontologicznie udowodniono dzien wczesniej, w jaki sposob wyginely dinozaury. Otoz dinozaury wyginely w pojednykach (samojedn, samowtor i samotrzec), a ich zwloki zostaly zgromadzone:

i pogrzebane pozniej w pudle na dinozaury. To ze od czasu do czasu zmartwychwstaja jest zgodne z moimi ostatnimi badaniami n/t chrescijanstwa;).

A poza tym to ostatnie dwa dni byly dosc intensywne, sporo jezdzenia i zalatwiania roznych rzeczy, mimo drastycznych ograniczen finansowych szarpnalem sie jednak na zaplanowany prezent urodzinowy (a co mi tam…), zakupilem czesci potrzebne do reanimacji krowki i uruchomienia zygzaka. Jako ciekawostke nalezy zaznaczyc, ze mondziak zostal uznany podobno jako "szkoda calkowita", no bo brak polowy zderzaka i wgnieciona klapa to rzeczywiscie sa zniszczenia przekraczajace wartosc samochodu – i tak sie nakreca koniunkture w tym chorym systemie. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Bylo troche ludzi ogladac dom, jeden nawet ma w niedziele przyjechac z kasa, zobaczymy. Zobacze moze cos z mieszkan wybranych przez J, bo zaraz sie zbieramy i jedziemy do S – pociagiem, znow bede mial starcie z ta bestia:/. Ale dzieciaki beda mialy frajde…

dzien bez samochodu

to taka wczorajsza konkluzja, pomijajac zdechniecie krowki, to mondziak dostal w dupe

co swiadczy po raz kolejny o tym, jak ludzie potrafia nie myslec – na szczescie J nie dostalal bezposrednio i nic jej sie nie stalo, ale znalazla sie na koncu reakcji lancuchowej no i kombi nie dziala bo sie klapa nie otwiera, pomijajac brak polowy zderzaka.

Byl tez pan chcacy kupic dom i zobaczymy co z tego wyniknie… z J na razie ciezko sie dogadac, coraz bardziej wychodzi ze ona raczej nie ma pojecia co dalej po sprzedazy domu, mimo, ze wrazenie robi inne… czasu trzeba, a na razie nie ma mozliwosci spokojnie pogadac, bo sie inne rzeczy nalozyly. Za tydziej bede wiedzial wiecej niz teraz – to taka charakterystyczna cecha uplywu czasu. Dobra, biore sie za szukanie samochodu – moze ktos mi pozyczy…

no i w domu…

fajnie jest, dzieciaki na mnie wsiadly jak teylko wrocily, mimo, ze niewyspany bylem straszliwie…

Wiwiana mi sliczny rysunek mazakami wyprodukowala…

a Eryk uswiadomil, jak stara religia jest chrzescijanstwo, bo tyranozaur atakujac diplodoka zadawal mu ciosy z okrzykami: "W IMIE OJCA, I SYNA, I DUCHA, SWIETEGO"  a powaliwszy go ostatecznie zakrzyknal  "AMEN!!!"… chyba jednak pozostane neognostykiem…

szczescie w nieszczesciu czyli poczatek urlopu

Zebralem sie zaraz po pracy i jazda do Helsinek. Zatrzymalem sie kontrolnie zeby sprawdzic stan konta w bankomacie- wyplata jeszcze nie doszla… Zatankowac czy nie? Nieee, drogo, po trasie w polowie drogi bedzie taniej. No to jazda. Ze dwa postoje na szybki kubek kawy z termosu, dluzszy postoj planowy w polowie drogi. Nagle zapalila sie kontrolka od akumulatora – a co to? Dumam, moze sie szczotki zawiesily, bo silnik pracuje. Na horyzoncie widac jakas wioche, tam sie zatrzymam i sprawdze. Ale nerwy juz puszczaja. O! Temperatura idzie szybko w gore. To zla i dobra wiadomosc. Zla bo zla, ale jak nie ma ladowania i rosnie temperatura to pewnie diabli wzieli pasek klinowy. Pierwsza mysl to o damskich ponczochach, ktore sie w takiej sytuacji przydaja, no ale nie mam zadnej damy pod reka. Ale jest we wsi spora stacja benzynowa. Doturlalem sie, zgasilem, otwieram maske. Jak juz wrocila widocznosc po tych klebach pary z zagotowanej chlodnicy stwierdzilem z niejaka konsternacja, ze pasek jest… i to nawet dobrze napiety. Moze nawet za dobrze. Weryfikacja stanu pojazdu nie jest, niestety, pomyslna. Stanela pompa wody. Smierc samochodu na trasie:(. Niedobrze. Jest 1:47 i mam jeszcze ponad 200km do lotniska, a samolot o 9:30. Wchodze na stacje, jeden koles wlada ludzka mowa. Niestety, nikt z jego znajomych nie ma samochodu na sprzedaz… Dumam, podpowiadaja taksowke. Dumam dalej, bo moze by i starczylo, a moze nie. Koles gdzies dzwoni, przyjezdza jakas dziewucha. Ha, corka wlascicieli stacji. Sugeruje mi pozostawienie krowki na stacji, niech stoi, taksowke do Tampere, stamtad pociag do H-k. Brzmi rozsadnie. Uzgadniamy szczegoly, zamawia mi taksowke (do Helsinek kosztowalaby 250-300 euroa!!!). Jest taryfa, wsiadam i jedziemy. Rozmowa sie nie klei, bo kierowca zna tylko lokalne narzecze. 54 euro pozniej wysiadam pod dworcem w Tampere, jest 2:35. Dworzec… zamkniety! Otwieraja o 3:15. Nie bede stal jak ta cipa, po mapie orientuje sie gdzie jest dworzec autobusowy. Niedaleko, wiec ide, moze bedzie rozklad i zobacze jak z autobusami. Dworzec autobusowy… zamkniety! Otwieraja cos kolo 6tej. Obchodze go dookola, stoi z tylu jakis autobus. Na szyldzie: HELSINKI!!! Upewniam sie u kierowcy – kobieta, wlada ludzka mowa:) – tak, jedzie do Helsinek, rusza za 15 minut o 3:10, na lotnisku bede 5:30. Sam nie moge uwierzyc ze to sie dzieje naprawde. 21,50 euro dalej wysiadam na lotnisku Vantaaaaaaa! Lotniskowa obrzydliwa kawa i pyszne ciasto, check-in (znowu wpuscili mnie na ten wydrukowany z kompa swistek;)) i marsz do kafejki z kompem, zebyscie sami zobaczyli, jakiego mam fuksa:). No bo gdyby krowka zdechla na podworku, to pewno bym nie pojechal wogole. Mogla zdechnac w ciemnym lesie, i wilki by mnie zezarly. Generalnie wszystko ulozylo sie naprawde bardzo, bardzo dobrze. No bo ja mam takiego pecha, ze mi sie w zyciu wszystko udaje;)

Swoja droga ludzie mi sie przyjaznie nastawieni trafili, a i Tampere zaskoczylo zamknietymi dworcami, pusta butelka Suomi na przystanku i stosunkowo spory ruch mlodziezy na ulicach w godzinach nocnych. No bo ja w zabitej dechami wsi przeciez mieszkam…

Finska zmiana czasu

 

Zaczelo sie prawie niewinnie. Przy sniadaniu raczylem ukroic sobie wnetrze dloni przy okazji krojenia chleba w powietrzu. Moze zdeprymowany bylem tymi panami za oknem, ktorzy w garniturach flage wieszali na maszcie. Niebieski krzyz na bialym tle. Ani chybi swieto jakies. Zrelaksowawszy sie zlekka udalem sie do pracy. Szef dostarczyl bale z zarciem dla nmc, wystarczy zmiksowac. Miksuje wiec. Jak sie zmiksowalo trzeba by oproznic mikser. Pociagnalem za wajche od transmisji. Huklo, zgrzytlo i zaczelo metalicznie rzepolic. Odpuscilem sobie to oproznianie, zanim sie na dobre sprzet rozleci. Jakby, kur…, nie moglo to dwa dni zaczekac az na urlop pojde. No nic, karmienie. Ale zaraz, cos mi tu nie pasuje. Zegarek w traktorze dziwna godzine pokazuje. Zaniepokoilo mnie to. Kontorlny sms do szefa, kiedy to sie czas zmienia. Ano zmienia sie tej nocy co byla. Acha, wiec raczylem sie spoznic do pracy, choc nieswiadomie. Kurde, moze dlatego ci odpalantowani goscie flage wieszali? Dalej na poludnie to sie jakies Marzanny topi, a tu jak u nas na 1go maja… Wracam do karmienia. We whiteboxie stwierdzam, ze jeden z glusi odszedl w niebyt pozostawiajac skecone zwloki. Wot, zaraza. Do jutra mi pewnie jeszcze i drugi zejdzie. Smiertelnie. No ale takie prawo natury. Jakos sie obrobilem, kawa, dojnia. Po dojeniu do garazu, bo Janne motorynke wstawil. Rzekomo nie zapala. Na ogol jak cos mu przestaje jezdzic, to po godzinie szukania przyczyny okazuje sie, ze benzyna sie skonczyla. Tym razem zaniemowilem, bo bak pelny. Zapala, ale pauera nie ma. Power’u znaczy. Objaw ten juz przerabialem z jednym z jego poprzednich pojazdow, teraz diagnoza podobna – rozleciala sie uszczelka pod cylindrem. Informuje go o tym smsem i ide do domu, nic tu po mnie dopoki uszczelki nie kupi. Szybki obiad – ostatnio zaczalem gotowac, zbrzydly mi chinskie zupki – i z powrotem do pracy, wszak trzeba zarcia z nieczynnego miksera utoczyc. Chwycilem za widly i zaczalem utaczac. Przechodzi Marika, pyta ile tego chce rozladowac. Mowie, ze troche, zeby na wieczorne karmienie bylo. Ona na to, ze chyba starczy. Spojrzalem na to co rozladowalem, potem na zegarek w telefonie i mowie: nie, jeszcze 15 minut. Jak w tym armijnym dowcipie o czasoprzestrzeni – bedziesz kopal stad do czwartej po poludniu… Starczy. Karmienie, dojenie. Ide zgasic swiatlo, ale slysze szczek narzedzi przy mikserze – ocho, szef sie za to cudo zabral. No wiec ide zasymulowac zainteresowanie. Wow, szef razem z zona toto naprawia. Ach, te finskie niewiasty… Wlasciwie nie naprawia, ale obejscie robi. Okazalo sie, ze rozleciala sie pompa. Ta tansza, za 1100 euroa. Bo gearbox ktory podejrzewalem o awarie nadal dziala, i dobrze. Jest 10x drozszy. Pomoglem im w naprawie glownie „silom i godnosciom osobistom”. Szef sprawdzil jak toto dziala (normalnie uszczesliwie dziadka opowiecia o tej prowizorce) jakby od niechcenia rozladowujac mikser. Spoko. Moge isc do domu. To byl… intensywny dzien. Przedostatni. Tera ide spac, bo nastepna noc w drodze a spac pojde dopiero za dwa dni juz w Puoli. 2007-03-26 0031

Globy wypalone

Rozwiniecie teorii planet…

Czasami w poblizu mojej orbity pojawiaja sie inne ciala niebieskie. Czasami sa blizej, czasami dalej, czasem przecinaja moja orbite, niekiedy zas po prostu sa gdzies tam i nawet nie wiem o ich istnieniu. Tych ostatnich jest zreszta najwiecej. Te jednak, ktore wchodza w zasieg mojej orbity, niezaleznie od tego jak blisko i na jak dlugo, sa rozne pod wzgledem ognia w nich zawartego. Bywaja obojetnie zimne, bywaja cieple, zdarzaja sie destruktywnie gorace – i te niewatpliwie potrafia wypalic spory szmat mojej powierzchni. Ale sa tez takie, ktore lsnia swiatlem tak jasnym, a jednoczesnie daja umiarkowane cieplo, ze jedynym na nie okresleniem jest NOVA. Rzeklbym – prawdziwe gwiazdy… trzeba sie ich wystrzegac, bo gdy znajda sie na tyle blisko mej orbity i na zbyt dlugo, moga moj glob wypalic doszczetnie.

Jakis czas temu supernova otarla sie o moja orbite. Nie przeciela jej, nawet jej hiperbola nie dotknela mojej elipsy, zreszta cale to zblizenie trwalo mgnienie oka. Pomknela dalej wglab Wszechswiata, pozostawiajac zaledwie drobna zmarszczke echa. I dobrze. Bo byla zbyt jasna. Zbyt goraca. Za duza. Ale ladnie spiewa… 2007-03-25 0025 

choroba morska

Objawila sie wczoraj nudnosciami, bolem brzucha, glowy, zielonkawa fizjonomia i przesylkami z zoladka wysylanymi w gore. Coz, poinformowalem kapitanat o koniecznosci pozostania w kajucie, choc zdaniem pewnego bosmana najlepszym sposobem na chorobe morska w czasie sztormu na pelnym morzu jest znalezc sobie rozlozysty dab i w cieniu tego drzewa lezec godzinke:D. Suteczne w 100%….