powrot zimy

Zima wrocila z rana. Znaczy sie sniegu nasypalo troche. Taki swiateczny krajobraz zaistnial:

Natomiast slonce zaprzeczylo zimie i pogoda byla wyje… w kosmos. Co sklonilo mnie do wyjscia ze zwierzakami na spacer. No skoro w miescie czyms naturalnym jest wyjscie z psem na smyczy, to dlaczegozby na wsi nie wyjsc na spacer z koniem na smyczy?

Mysza juz wczoraj byla w parku, mimo niesprzyjajacej aury. Dzisiaj podkusilo mnie i wzialem ja na podworko. A potem zaryzykowalem i sprobowalem z Jazonem. Jazon przeszedl dzis samego siebie. Poszlismy najpierw do parku:

a potem dwa razy na podworko:

Pokazalem mu samochody, pogadal z mlodymi krowiszonami w oborze. To ze uzarl mnie w reke jest zaniedbywalnie malym incydentem. Generalnie zauwazylem, ze poza swoim terytorium robi sie z niego zupelnie inny kon. Moze dlatego, ze jestem jedynym znanym mu elementem w obcym otoczeniu, i dlatego slucha i chce wspolpracowac. Dochodze do tego, ze w ukladaniu koni obowiazuja dwa prawa: 1. konie to lakomczuchy i 2. konie sa ciekawskie.
Jutro powtorka, zeby tylko pogoda sie utrzymala…

powrot Kubusia

Dobrze mi sie spalo. Moze dlatego, ze wczoraj nic praktycznie nie pilem;). Ale jak to zwykle bywa, zycie zaskoczylo mnie o poranku. Kubus wrocil. Biegal najpierw z jednej strony ogrodzenia, nastepnie prawie mi wbiegl na podworko. Prawie, bo dostal srutem w dupe i raczyl sie oddalic. Ale jak widac upomnienie nie zrobilo na nim wrazenia, bo zaraz wrocil, znow od strony drogi na Glady. Udalo mi sie unieruchomic go w pasazu miedzy dwoma ogrodzeniami:

No ale nie bede tak stal jak ta cipa i patrzyl. Soltysowi wlaczyli telefon, ale nie jest to jednoznaczne z tym, ze bedzie go odbieral. No to dzwonie do moich pracownikow, co to biora pensje z moich podatkow. Na policje znaczy. Chyba juz ich uwarunkowalem tym tekstem: "Dzien dobry, nazywam sie P.P., dzwonie w sprawie konia…" to juz wiedza o co chodzi. No, moze nie do konca. Przejechal radiowoz. Przejechal, bo zwolnil, popatrzyli i pojechali dalej. No to po godzinie znow standardowy tekst "w sprawie konia". Tym razem panowie pofatygowali sie na podworko. Pogadalismy, uznalismy ze opcja: oni zastrzela, ja pocwiartuje i podzielimy sie konina jest do przyjecia. Ale najpierw pojechali na wies zobaczyc czy znajdzie sie ktos wladny zawladnac Kubusiem. Po pol godzinie wrocili z Sawala i siodlem w bagazniku radiowozu. I tak oto obeszlismy sie smakiem. Kolejne rozpieprzone przedpoludnie. No moze nie do konca, bo pochodzilem troche z Jazonem, znow ponaprawialem troche ogrodzenie.
A potem przyjechaly opony. Kurier co prawda probowal mnie zwabic do Gorowa, ale nie dalem sie. Przywiozl wiec pod dom:

Ladne, nowe, chinskie. Dwa razy tansze od rosyjskich. Jedna co prawda z artefaktem: przywulkanizowana rozplaszczona sruba, ale bez uszkodzen osnowy, wiec niech bedzie. Czeka mnie zatem wymiana:) Ale raczej nie dzisiaj…

kozia kupa

Jakis czas temu odkrylem, ze szczytem recyclingu wsrod gelaufenow jest nasrac sobie w smoczek. I nadal zajmuje to pierwsze miejsce.
Natomiast dzis kozoidalne uswiadomily mi doslownosc pojecia: "wylizany sracz":

Ot, wylizaly sobie "muszle" w lizawce z kostki soli:) Przynajmniej kultura jest, bo krowiszony to po prostu nasraly na swoja kostke.
Jak kozoidalne zamontuja spluczke, kupie im papier toaletowy…

krew bohaterow

Wiedzialem, ze dzien bedzie rozwalony, ale nie, ze az tak…
Poranny wyjazd do Kentaki z postojem w Bartoszycach. Bez rewelacji, jakies zakupy. Dojezdzam do majatku i juz z daleka widze, ze mam brazowego konia. Ani chybi ktorys sie wytarzal w gownach. Wjezdzam na podworko, ide do domu, przebieram sie i ide sprawdzic co sie dzieje. A gowno! Intruz na pastwisku!

Kawal bydlaka. Ogier, zakrwawiony. Naderwane ucho, zraniona noga. Duzy. Wsrod mojego stada tez kilku rannych bohaterow. Z czego dwoch wyjatkowo ambitnych: Tymek – wszak to jego rola, jest dominujacym ogierem, i… Jazon:

Tego nie moge zrozumiec. Ambitny chlopak jest i bitny, ale jego postawa zakrawa na bohaterszczyzne. A mnie tu bohaterow nie potrzeba…
Oba pastwiska stratowane, czerwone od krwi. Testosteron doszedl do glosu? Z czasem czerwien ustepuje miejsca zolci, hemoglobina sie rozpada. Intruz nie daje sie zlapac. Oddzielanie go w corralu mija sie z celem, kilkukrotnie przeskakuje ogrodzenie, lamiac zerdzie. Dzwonie do soltysa, zeby zapytac komu kon uciekl. Glucha cisza. To samo u generala. Listonosz naprowadza, ze to ani chybi ogier Sawki, niebezpieczny, nie zblizac sie, sciagnac Sawale. Bo Sawko orbituje wokol flaszki. Sawala nie ma telefonu, ja nie mam ani czasu ani checi stac miedzy intruzem a moim stadem. Dzwonie na policje.
Heh, pytanie dyzurnej: Czego pan od nas oczekuje? No to mowie, ze poprosze o interwencje, niech przyjada i zapakuja tego konia do radiowozu. Gadamy na luzie, wysylaja patrol. Po drodze zlokalizuja albo Sawke albo Sawale. Przyjechali, powiedzieli ze Sawala nadciaga, zgarneli go po drodze. Drugi raz zadziwila mnie kompetencja naszej policji. Pozytywnie. Postali ze mna chwile, pogadali i pojechali:

Chwile potem wrocili wiozac Sawale. Okazalo sie ze intruz nazywa sie… Kubus! Kurwa, ja pierdole, kto tak nazwal to wsciekle bydle? Kubus nie bez oporow, ale dal sie okielznac. Po prawie trzech godzinach rozdzielania walczacych koni pozbylem sie intruza:

A mialem taki piekny plan na popoludnie…. Nauczka, zeby nie planowac. Bo zycie ma dla mnie swoj plan. I zeby nie spieszyc sie ze wstawianiem samochodu do garazu. Bo mozna sobie wgniesc blotnik. A na jutro mam zaplanowane naprawianie ogrodzenia po skutkach dzisiejszej inwazji. No, zycie, zaskocz mnie, bo mam plan…

kozak

Dawno temu, jeszcze w technikum jak robilismy oko, RR uswiadomil nas, ze krowy nie widza kolorow. A hiszpanski byk reaguje nie tyle na czerwona plachte, co na jej charakterystyczne, wkurwiajace go falowanie. Jakos sobie to zakodowalem, nawet na studiach inny rodzaj wiedzy nie obalil we mnie tej swiadomosci.
I dlatego bez wiekszych oporow od wczoraj odziewam moj seksowny tylek w kozackie galowe spodnie i oporzadzam zwierzaki:

Jak dlugo szkocki byk ma w dupie kolor moich spodni, tak dlugo ja nie mam w dupie jego rogow.

krowia obroza

Sobote postanowilem spedzic leniwie. Spokojnie oporzadzilem trzode. Wybralem sie do Rozdzienia po chleb i jajka, sila rozpedu pojechalem do wujka Czesia po olej do pily. Przy okazji kupilem dwie obroze dla krowiszonow, niech sie przyzwyczajaja. Wracajac od niechcenia wstapilem do lasu. Przetrzebilem troche zarosla na uzywanej przeze mnie "drodze", bo mam dosc skladania lusterek o drzewa jak tedy przejezdzam:

Od niechcenia wdarlem sie wglab mego terytorium, na luzie scialem trzy brzozki. Lancuch tez sie wyluzowal i spadl z prowadnicy pily, co potraktowalem jako sygnal do powrotu. W drodze powrotnej zahaczylem o dwuhektarowa dzialeczke, gdzie kiedys chcialbym sobie dom postawic:

I obszedlem wkolo ten zadrzewiony nieuzytek. Fajnie tam jest. Potem do domu, czas na pojenie zwierzakow. Przy okazji uszczesliwilem krowiszony nowym zakupem:

Potem jak zwykle dwie godziny konskich lekcji, obiad, karmienie, piwo i jakos ten dzien zlecial. Tym bardziej, ze internet dzis odmowil wspolpracy. I dobrze.

z uporem maniaka…

… szukalem wczoraj "Walki o ogien" z polskim lektorem. Przez dobrych kilka godzin. W koncu zly i rozczarowany dalem sobie spokoj i sciagnalem pierwsza z brzegu wersje. A dzisiaj do mnie dotarlo, ze moj upor byl nie tylko maniakalny ale rowniez glupi i bezsensowny. Moze dlatego w podtytule sciagnietej wersji figuruje "Mania wielkosci"?

Taaaaak, lektor w tym filmie mialby faktycznie kupe roboty…;P