siano, kurwa, kosy…

Wracam do domu zwykle ok 21 i na ile sil mi starczy czolgam sie do lozka. Czasem nawet sie myje, ale tylko gdy lazienka jest po drodze. I jest mi wszystko jedno, czy jest ciepla woda czy nie. W weekend latwiej, bo jak S jest to pomoze. A przynajmniej zadba zeby jakies jedzenie na tydzien bylo. Ale tak jak dzis sie najebalem, to poezja. Moje miesnie i skora to wlasciwie obce twory, zyjace wlasnym zyciem. Patrze jak mi sie rece trzesa, bo bol juz przestal do mnie docierac. Ale dzis skonczylem wreszcie topole. Z rezultatem ponad 500kostek/2ha. Nawet do dentysty pojechalem, a co. A jutro jade po dzieci. Wreszcie ten dom napelni sie gwarem. A teraz zasluzona Lomza Export. Calkiem dobre piwo jest. Chyba ze w tym stanie to byle sikacz smakuje jak Budweisser…

ciezka woda

Wczoraj z racji pogody rzucilem sie w wir prac polowych. Narwany troche bylem, ale jak trzeba, to mus. Kostkowanie wyglada tak:

Ciezka woda jak wiadomo powstaje gdy w miejsce H wstawimy D lub T. I odpowiednio spozytkowana prowadzi do wielkiego bum. Ale to robota dla fizykow, ja prosty chlop ze wsi jestem. A ze wlasciwie zaczynam, to popelniam szereg bledow. O, na przyklad za szerokie walki zrobilem. A jak za szerokie, to dalej mokre i za duzo na raz. I trzy razy mi prasa stanela. Dwa razy zerwalo srube na sprzegle, raz po prostu zablokowalo calosc. Ale twardy bylem, skostkowalem hektar. No musialem byc twardy, bo mi do glowy nie przyszlo sprawdzic ustawienia prasy po zeszloroczym kostkowaniu suchej slomy. I porobilem kostki na maksymalnym zbiciu. Na oko 20kg sztuka. Cale szczescie ze najmniejszy rozmiar. Skostkowanie tego to jedno, a zaladowanie na przyczepe to drugie. No, fajna robota na jednego. Ale dalem rade, wyszlo mi jakies 160 kostek. A powinno ze 220, no ale jak sie robi kondensacje… Rozladowac drugiej przyczepy juz nie dalem rady, sil braklo. W moim wieku to powinno sie miec kupe kasy i z jakas osiemnastolatka lezec na kubanskiej plazy, a nie w polu zapierdzielac. Ale tak wyszlo. Dzis skoncze rozladunek i poukladam to wszystko – na strychu koziarni, zeby dosychalo – a w piatek z racji zapowiadanej pogody machne topolowa dzialke. 2,30ha, ale jak ja nie dam rady to nikt nie da rady. Mialem dzisiaj, ale leje od rana. Jakies 8 kropli na godzine, wiec wyjsc z domu sie nie da…
Ciekawe, czy te kostki wczorajsze sa takie ciezkie od ciezkiej wody? No bo grzeja sie jak sa w kupie (masa krytyczna?), wiec moze cos pierd… wybuchnac znaczy. Dworznianska masakra prasa kostkujaca. Hollywood mnie nie przebije;)))

niespodzianka dla Robinsona

W polskiej wersji Robinsona C., wspomniany rywalizowal z Kozim Krolem o wladze na wyspie. Przynajmniej w koziej kwestii. Ba, zaszalal nawet i stworzyl wlasne stado, ktore niebawem przeroslo liczebnoscia konkurencje. Niewatpliwie widok takiej oto niespodzianki wprawilby obu rywali w nieklamany zachwyt:

Jeszcze nie wiem co to – Euzebiusz czy Euzebia. Ale ten diabelski usmieszek nie rokuje dobrze:

Teraz wiem, skad to nagle rozdojenie Emilki. Niemniej jednak obowiazuje standardowa procedura: zobaczymy czy przezyje pierwszy tydzien. Potem bedziemy snuc plany typu kebab, janjetina, odojak ewentualnie jesli to dziewcze to mleko i ser. I trzeba do Blazeja zadzwonic, ze jest dziadkiem…

Dotarlo do mnie ze posiadam 22 domowe zwierzaki. Ja pierdole… Jak ja to ogarne? Chce ktos konia? Albo kilka? Do kazdego zakupionego konia koza gratis. Albo dwie…

——————————–

Juz wiem. To Euzebia.

kwadratura paprocinska

Od rana mialem cisnienie na prace, bo pogoda ladna. I pomysly tez mnie cisnely. Od wczoraj. Niecierpliwosc wygnala mnie by je zastosowac w praktyce. I ku mojemu zdumieniu, oraz zdumieniu wsi oraz ku podziwowi soltysa – TO DZIALA!!!

W sumie przerzucenie 4ha zajelo mi moze z poltorej godziny. W dodatku mozna sobie posluchac radia. Dla cierpliwych filmik tutaj:

http://www.youtube.com/watch?v=LJG4P0Dse08

A potem wsiadlem w Ursusa i pojechalem skosic Paprocin do konca. To znaczy skosic to co mi z wczoraj zostalo, ale ze pogoda byla ladna, skosilem tez pozostaly kwadrat, jakis hektar pietnascie. I w ten oto sposob zakonczylem przewidziane na ten rok koszenie. Zostalo jeszcze przerzucanie, robienie walkow, kostkowanie i zwiezienie. No chyba ze pod koniec lata jeszcze zachce mi sie potraw kosic. Ale to plan na pozniej. Dzis jestem padniety. Pic, jesc, jakas rozrywka intelektualna i spac. Dobranoc Panstwu;)

jak sie dupcza koty

A normalnie. O tak:

I z drugiej strony:

Istotnym elementem pozycji "na kota" jest zlapac partnerke zebami za skore na karku – chyba zeby nie zwiala.

Rano pojechalem do lasu. Poszlo sprawnie. Po poludniu pojechalem laczke kosic. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mowily zeby tego nie robic. Najpierw cos jadowitego wbilo mi sie w reke, potem przywalilem otwartymi drzwiami ciagnika w slupek. Potem przywalilem kosiarka w pieniek – bezpiecznik puscil, ale razem z nim puscil trzpien i musialem pojechac do domu pospawac. Twardy bylem, wrocilem kosic. Nawet jak zaczelo padac to nie ustapilem. Dopiero jak traktor dostal gesiej chujni (stracil moc, plunal olejem, zadymil dymem i ledwo sie doczolgalem do domu) to zrozumialem, ze znakow nalezy sluchac. Ciekawe czy kosmici zrozumieja przekaz niedokoszonej laczki?:/

dzikie plaze

Rano lalo. Wiec nic konstruktywnego sie nie zrobi. Szybkie planowanie niedzieli i heja na wybrzeze. W miare oddalania sie od domu pogoda poprawiala sie i poprawiala, az poprawila sie na tyle, ze postanowilem zaliczyc Baltyk:

Chwile trwalo zanim znalazlem wystarczajaco dzikie i odludne miejsce, zeby obnazyc sie i umiescic swoja nagosc w solance. O dzikosci miejsca najlepiej swiadczy obecnosc dzikow:

Co za kretyn wymyslil wierszyk "dzik jest dziki, dzik jest zly…"? Dzik jest oswojony, potulny i merda ogonem. Oto cala prawda o nadmorskich dzikach. Zawiedziony brakiem dzikiej dzikosci wrocilem do domu poludniowym brzegiem Mierzei Wislanej:

W domu doznalem natchnienia przy szambie i uruchomilem zepsuta przez Jazona pompe. Bo nowa raczyla sie spalic po zmieleniu zaby w czelusciach mechanizmu. Postanowilem rekreacyjnie polezec na Jazonie. Ale Jazon mial inny plan i po kilku barankach znalazlem sie na ziemi. Dobrze, ze padalo rano i bylo miekkie bloto. Podobno jak sie spadnie z konia to trzeba zaraz wsiasc z powrotem. Podparlem sie ta idiotyczna teoria i wlazlem jeszcze raz. Tym razem spadlem w galopie i na cegly. Skorzystalem wiec z teori "do 3 razy sztuka" i trzeci raz dzisiaj sobie odpuscilem. Bo skoro dwa razy skonczyly sie polubownie to ten trzeci mogl byc bardziej bolesny. To byla dluuuuga niedziela….