schyłek ferii

Ferie zimowe dobiegły końca. O ile pierwszy tydzień był taki sobie, drugi mogę zaliczyć do niezwykle udanych. Dzieciaków się namnożyło, a co za tym idzie pojawił się szerszy wachlarz zabaw, bardziej skomplikowanych, jak na przykład budowanie drewnianych fortec:

Oczywiście nie obyło się bez ofiar wśród inwentarza…

Zostały jednak wprowadzone do łańcucha pokarmowego, żeby nic się nie zmarnowało;). No i w zamian za jednego zabitego królika urodziło się 11 nowych:) Zobaczymy jak przeżyją zimę… No a jak zima to musi być kulig:

Tak, tak, wiem… Ale mimo, że było powoli i ostrożnie, podobało się:) Po przerwie na rozgrzewkę młodzież (wszak nie mogę powiedzieć, że dzieci, skoro jest dwóch nastolatków;)) na moją prośbę utoczyła siana ze stodoły i od niechcenia machnęła fort na rondzie…

Wieczór zastał mnie na karmieniu zwierzyńca i niejako mimochodem zerknąłem, jak to się owa młodzież zabawia wieczorami…

Jakoś tak ciągle niewyspany byłem, wiec ostatniego dnia młodzież dostała zadanie: śniadanie:

Nie powiem, dali radę i to całkiem nieźle. W ramach rewanżu dałem im poznać klimat lidzbarskiej spelunki… zajmującej się wyszynkiem (?) kebabu:

Pożegnaliśmy miłe towarzystwo i ruszyliśmy na południe. Nie, nie tak zwyczajnie. Załapaliśmy się na "siódemkę" u Paliów:

Impreza była typowo młodzieżowa…

ale pozwolono mi nacieszyć się obecnością mojego "trzeciego" dziecka;)

Następny dzień to kontynuacja podróży zakończona lądowaniem u dziadków i wizytą w nowym domu siostry:

No a potem pozostało mi wziąć się w garść, pożegnać z dzieciakami i ruszyć na północ. Nocleg w Warszawie okraszony smakiem nowej umiejętności w postaci obróbki filmów (być może uraczę Was kiedyś próbką), małe picie i nazajutrz powrotu ciąg dalszy. Jak przebiegał i co się wydarzyło to Wam nie opowiem, bo i tak byście mi nie uwierzyli;)

Wróciłem do domu. Pusto, cicho, zimno…

urodziny eskimosa

Pomysł połączenia wizyty towarzyskiej z urodzinami młodego pojawił się nagle. Niejako z marszu po piątkowym szpitalu ruszyliśmy na zimową wyprawę…
Obiad zapoznawczy, gry i zabawy towarzyskie, plotkarski babski wieczorek…

Gdzie indziej męskie sprawy, kuchenne przygotowania połączone z wybijaniem zastawy;), krótko mówiąc wieczorne igranie do późnych godzin nocnych pozostawiły na drugi dzień lekkie objawy niewyspania. Nic to, znów jest dzień. Sobota pod znakiem końcowych zakupów i głównej atrakcji dnia – budowy igloo:

Trzeba przyznać, że ekipa eskimosów pod wodzą trzynastoletniego kierownika budowy mogłaby zawstydzić niejednego doświadczonego budowlańca;) Zwieńczeniem prac była próbna bitwa na śnieżki:

Wieczorną część atrakcji zainaugurował pojedynek Świetlistych:

i oczywiście zaraz potem imprezy część oficjalna – obchody Jedenastki:

I ponownie dynamiczny wieczór w nieco rozszerzonym gronie, okraszony ubarwianiem nocnego nieba przy pomocy fajerwerków. Rozszerzono również niewyspanie o kolejną noc, ale co tam, warto czasem…;) Zmęczenie absolutnie nie zwalnia z obowiązkowej obecności na prezentacji budowli:

Zaraz potem regularna bitwa na śnieżki – z ofiarami;) (3x podbite oko), ekspedycja na kraniec lodowego świata żeby pod pretekstem przyjrzenia się sarnom pozapadać się w śniegu, "wyrzeźbić" kilka orłów/aniołków i powtórnie poobrzucać się śniegiem….

A potem powrót do domu. Powoli, bo ślisko, nakarmić zwierzyniec, nagrzać dom, podzielić się wrażeniami i być może przygotować na rewizytę:) 

Terencjusz spod Górowa

Zima zrobiła się gównianna, co nie przeszkadza młodzieży buszować po gumnie. Mniej chętnie wykonują zadania zlecone – wyjątkiem jest zrzucanie kostek siana; bardziej ambitnie podchodzą do znęcania się nad kotami, psami i królikami. Nie wiem jak króliki, ale reszta drobnicy jest zachwycona, że wreszcie ktoś się nimi zajmuje. Dzień roboczy kończy się o 16tej, nastaje czas zajęć domowych. Doszło nowe: pingiel;)

Mała rzecz, a cieszy. Może z wyjątkiem utrzymywania w bobrowni temperatury powyżej zera;)

Przewinąłem się wczoraj, wyjąłem z brzucha zakrwawiony sznurek, pochwaliłem się dzieciom jaki to ja jestem "otwarty", padłem na łóżko i jakoś przeczekałem kolejny etap telepania. Mój organizm w ten sposób protestuje przeciwko samodzielnemu rzeźbieniu w trzewiach. Ale kazałem mu się zamknąć, w przenośni i dosłownie. Dobrze by było żeby się "zamknął" do piątku, aby serialowi już dla mnie chirurdzy nie wykorzystali ponownie mojej "otwartości" wpychając do środka różne rzeczy… W każdym bądź razie widzę poprawę – co prawda tylko wizualną, bo broczę krwią ciemną i czystą, a nie jak dotychczas wymieszaną z brązowo-żółtą ropą:) Homo sum humani nihil a me alienum puto, hehe;)))

gloria victis

Nowy tydzień to kolejna wyprawa do chirurga. Tym razem z eskortą:

No i od razu lepsze wieści. Dziura dziurą, ale idzie ku lepszemu. Może dlatego, że dr Hendler wrócił z urlopu i spojrzał na mój problem męskim okiem;) W piątek będę wiedział więcej.

Tymczasem we wsi… Wczoraj przyszedł sołtys i drażnił psy dopóty, dopóki nie wypełzłem z Houston. Skłonił mnie do obecności na dzisiejszych wyborach sołtysa z sugestią kandydata. Siebie znaczy. To znaczy jego. Niechętnie, ale poszedłem. Z obstawą…

Tuż przed wyjściem zadzwonił telefon. Z pytaniem, czy to mieszkanie sołtysa. Zgodnie z prawdą odparłem, że nie, ale idę właśnie na wybory i cholera wie, co będzie za godzinę… Pan po drugiej stronie zmieszał się nieco i wyłuszczył, że dzwoni z firmy Bartko i że jutro będą zabierać zaległe śmieci. Obiecałem przekazać informację mieszkańcom, niezależnie od wyniku wyborów…

Zagłosowaliśmy z najlepszymi intencjami, które niestety były rozbieżne z intencjami większości. Większość uznała, że po dwudziestu latach dyktatury Józefa D. nastał czas zmian… W związku z tym przyłożyliśmy się do wyboru rady sołeckiej. Zacząłem od zgłoszenia kategorycznego sprzeciwu na propozycję mojej skromnej osoby, ale odmowę osłodziłem informacją, że jutro mają przyjechać śmieciarze. No i dokonaliśmy wyboru…

Skoro nowy sołtys to kobieta, a kandydaci do rady to trzech facetów i jedna babka, to trzeba usunąć jednego faceta. Żeby imprezowali w dwie pary, bo taki czworokąt z trzema samcami jest nieco przeciwny naturze. Wyjątkiem są pornole. Z trzech facetów trzeba więc usunąć jednego. Wiesiek zostaje, bo jest fajny i mam z nim układy. Został Radek i Czarek. Żadnego nie znamy. No to zostawiamy tego ze słowiańskim imieniem, tego drugiego do odstrzału. Karta do koszyczka Czerwonego Kapturka i po wyborach. Jeszcze uścisk dłoni poległemu sołtysowi i do domu. Palić w piecach, jeść, pić, żyć…

podzidzie

No to się wyprawiłem po dzieci. Trójetapowo. Najpierw do Paliów z przerwą na dentystę. Wlazłem do gabinetu i pokazałem palcem: "o tu, tu się spierdoliło". "No skoro się spierdoliło…" – westchnął doktor i zapytał, czy chcę znieczulenie. Powiedziałem, że mnie to wali, bo to on powinien chcieć znieczulenie, chyba, że lubi mieć na fotelu wrzeszczącego i wierzgającego pacjenta. Ale w sumie obeszło się bez…

"Moje" i Mojej Ulubionej Niemojej Żony dziecko rośnie jak na drożdżach piwowarskich:

Szybki nocleg i dalej na południe. Wpadłem na chwilę do dziadków, trochę się podłamałem, potem po dzieciaki. I od razu na północ, żeby nie dać się opanować Ciemnej Stronie Mocy. Zrobiliśmy sobie postój w Muzeum Częstochowskim – zabawne, jak ludziom kojarzy się to miasto, rzadko dopuszczają do świadomości jego przedchrześcijańską historię…

Nie omieszkałem skłonić kustosza do uwiecznienia "dzidy rodzinnej":

Niektórzy z szanownych Abonentów zapewne pamiętają, jak dzieli się dzida bojowa… Przed-, śród- i zadzidzie, itd… Natomiast wieczorem mogłem "podzidziać" inny element związany z orężem…

Powiedziałbym, że ch… widać, ale nie widać i tak ma być. Żeby zgorszenia nie siać. Ale dziura jest i dobrze nie jest. Boli i pierd…. Się. Jutro będę wiedział więcej.

Ważne, że dotarliśmy wreszcie do domu i jakoś się ogarnęliśmy.

kółko chirurgiczne

Ostatnio moje życie upływa na wizytach w szpitalu. Byłem tam przedwczoraj, wczoraj, dzisiaj i będę jutro. A potem od poniedziałku znowu. Okazuje się, ze takich stałych bywalców jest więcej. Tworzymy razem ufiksowaną grupę oporu, opierającą się tym wszystkim, którzy próbują "wpchnąć" się bez kolejki, "bo lekarz kazał", "bo pani w rejestracji powiedziała", "bo ja tylko zapytać" itp. Oczywiście ja się dopiero uczę, co nie zmienia faktu, że odczuwam coś w rodzaju "szwarności" wieku podeszłego. Mówiąc krótko – zdziadziałem. W gabinecie natomiast już jesteśmy praktycznie na "ty" i dziś załapałem się na ciasto. To znaczy przy mnie kroili. Bo chyba jestem pierwszym pacjentem, który przy powikłaniach pooperacyjnych nie obwinia o to lekarzy. Wręcz przeciwnie, sam jestem sobie winien. Co nie zmienia faktu, że ze szczerym zainteresowaniem obserwuję, jak mi siostra wyciąga z brzucha różne rzeczy, a doktor Jola to komentuje. Wygląda to… chyba zabawnie. Ale powoli czuję się tym zmęczony. Dzisiaj na przykład wyjęliśmy szwy, w czym brałem bierny udział, nie licząc komentarzy i porad medycznych. Teraz ziarnina i pochodne są wspomagane jedynie szerokim plastrem na pół brzucha, wiec muszę ostrożnie z noszeniem, żeby mi się zawartość nie wymskła. Ale Jolka i tak przyjęła z zadowoleniem informację, że mogę kaszleć bezboleśnie. Zawsze to jakiś postęp jest. Czuję się naładowany energią i idę zanieść zwierzakom 37 kostek siana. A potem przyniosę sobie ze dwa worki węgla. Bo w życiu twardym trza być, a nie mientkim jak kaczuszka…

spirala nienawiści

Dzień z tych co to lepiej… i tak dalej. Na wszy pojechałem. Tfu. Na szwy znaczy. Że niby zdjęcie. Zapisałem się do lekarzy dwóch, jeden kończy o 14tej, drugi zaczyna o 14tej. Niby wszystko w porządku. Ale kilka godzin siedzieć mi się nie chce. Pojechałem więc do KRUSu, zwolnienie zawieźć. Zawiozłem. Czasu jeszcze sporo, zaliczyłem dwie księgarnie. I tu się zaczęło… Zaczęła we mnie narastać frustracja związana z tym, że nie ma tego co bym chciał na już teraz, za to jest sporo rzeczy które wcześniej czy później muszę zakupić. No po prostu wkurwiłem się i tyle. Bo w ogóle od kilku dni taki podminowany jestem, pewnie dlatego, że boli. Skoro nie mogę kupić wszystkiego, nie kupiłem nic. Niedobrze, ale… Wróciłem do szpitala. Jeszcze sobie poczekałem, bo skończył się czas numerków, zaczął się czas "kto pierwszy ten lepszy". Jakoś nie czułem się lepszy, opadłem na krzesło i podziwiam zachowania społeczne. W końcu pielęgniarka wyszła i oberwało się mnie, że z numerkiem siedzę i oszołomów przepuszczam. Wlazłem, dziś miła pani doktor. No to się "odszwiamy". Nie, nic z tego. Dowiedziałem się, że twardziel jestem, że się w ogóle z takim krwiakiem z łóżka podniosłem. Sączek, opatrunek na pół brzucha, antybiotyk, ketonal i do zobaczenia. Jutro. No dobra. Zrobiłem sobie przerwę na kebab, żeby się pocieszyć. Nic tak nie poprawia nastroju, jak wielkie żarcie. Wróciłem do szpitala i stwierdziłem, że czuję się zbyt chory, żeby walczyć o miejsce ze żwawymi dziadziami. Przełożyłem wizytę na inny termin. I tak najpierw muszę zrobić porządek z brzuchem. Wróciłem do domu. Całą drogę jellinek wykazywał fantastyczną dzielność drogową na oblodzonej nawierzchni, dużo lepszą niż ładzianka. Zbuntował się dopiero na podwórku przy cofaniu, ale na tą okoliczność miałem w zanadrzu, ekhm…, w wiadrze znaczy, wystarczającą ilość popiołu. Chlusnąłem pod koła i sam wyszedł. A teraz to mi się już nic nie chce. Co najwyżej jutrzejszy plan uzgodnić. Napalić w piecu, położyć się i pochorować. +14. Boli już mniej.