końskie OC

Padnięcie Myszy zgłosiłem w sobotę o 8mej rano. Tzn. wysłałem formularz via net, nagrałem się na automat przyjmujący zgłoszenia, ale miałem ciśnienie, żeby porozmawiać z kimś żywym i upewnić się, że mi zwłoki nie zgniją we wjeździe. No i dodzwoniłem się, tak ze dwadzieścia rozmów odbyłem przez pół soboty, gdzie odsyłano mnie od jednej osoby do drugiej, po całej PL. Ten nie wie, tamten ma za daleko, ten jest na urlopie, tamten oddzwoni, jeszcze inny jeszcze coś innego. Przeczekałem weekend i zadzwoniłem do pierdolonej agencji (która w weekend przecież nie ma ani jednego czynnego telefonu). Nie powiem, pani była miła, ale jeszcze nie zalogowała się do systemu (czyli nie wypiła pierwszej kawy), ale za chwilę oddzwoni. Po 30tominutowej chwili rzeczywiście zadzwoniła i podała mi numer telefonu. Super. Tyle że ten sam numer ustaliłem samodzielnie trzy minuty po naszej pierwszej rozmowie. Zadzwoniłem do Rojewa, gdzie dostałem numer do Olecka, gdzie dostałem numer do Ornety. Pan z Ornety był zrozumiały odwrotnie proporcjonalnie do rzeczowości. Dowiedziałem się, że może dzisiaj zabiorą. Poprosiłem, żeby zadzwonił przed przyjazdem, tak z 15 minut, żebym był na miejscu. No to wyluzowany wsiadłem w samochód, pojechałem zatankować, kupić kurom żarcie i prasie sznurek. Wracam do domu, na podwórko wjeżdża karawan. Mysza już załadowana, kierowca na mnie z buzią, że czeka i czeka a mnie nie ma. Wyjaśniliśmy sobie co i jak, wypełniliśmy papierki, zapłaciłem i pojechał. Już machnąłem ręką, że zawrócił mi na świeżo posianej trawie.

27 sierpnia 2010 Jazon zwany Jeżykiem dostał skrzydeł, przefrunął nad ogrodzeniem i wkomponował się w stado sołtysowica. Sołtysowic obiecał mi, że jak mu pokrył klacz, to mnie udupi. Przemilczałem, bo to mój koń wszedł w szkodę. Wczoraj dzwoni sołtysowic, że klaczkę dał do ogiera, ale okazało się, że była ciężarna, więc poroniła – małe szare coś na kształt konika polskiego – i jest w ciężkim stanie. Pojadę dziś zobaczyć co i jak. Ciekawe jak w razie czego zadziała moje OC.

A zaraz sianokosy…

w dziupli

Mysza jeszcze żyje. Nawet ma się nieźle, jeśli pominąć trzy niepokojące objawy: jest chuda, smutna i przychodzi jak się ją woła.No bo normalnie jest gruba, złośliwa i ucieka. Może terapia owsem przywróci ją do normalności…

Byle nie przegiąć i nie latać z ochwatem do stawu.
Dom powitał mnie wczoraj miauczeniem. Jakby z drzewa. Fakt, w lipie jest jakby dziupla:

W dziupli siedzi Kicia K. na jajach…
z których wylęgło się takie coś:
Jak się to coś wyjmie i przytuli, to jest normalnie urocze:
Niby już nie miauczy ,ale trzeba oddać mamie na karmienie:
I mieć nadzieję, że nie skończy jak 2/3 miotu Krawatki:
Najwyraźniej ktoś postanowił, że więcej Dżonsopodobnych nie będzie. 
Ciekawe, jak wygląda miot Ukulele?

Ahoj!

Weekend minął. Intensywnie. Coś ostatnio tego spokoju nie uświadczam. Pewnie tak ma być. Ale nie ma co narzekać, było ciekawie. Sporo postałem na drabinie malując budynek gospodarczy, trochę postałem za… sterem:)
Słowo "kuter" zawsze kojarzyło mi się z rybacką krypą śmierdzącą rybami, tudzież z kutrem… torpedowym. Ale z czymś takim miałem do czynienia po raz pierwszy:

Najpierw ze Sztynortu do Giżycka, dać buzi kaczkom…

Następnie rejs kanałami…

z niespodziewanymi atrakcjami typu zawracanie przed zamkniętym mostem obrotowym. Było…ciasno, ale kapitan pływa nie od wczoraj. Udało się bez problemu, pomijając zatopienie dwóch kajaków;)
A w drodze powrotnej zrobiono mnie sternikiem…

i polecono płynąć do Sztynortu, ustępując pierwszeństwa żaglówkom. Nie powiem, atrakcja jaką mi zapewniono zaowocowała atrakcją dla pasażerów, jak ustawiłem się bokiem do fali, wywołując u co słabszych osobników falę nudności:D

Z mojego punktu widzenia wyglądało to tak:

Dlaczego nie ma dźwięku? A hooooj Was to obchodzi;P

No dobra. Jak chcecie z dźwiękiem, to macie tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=53vxm0g8bv4

Jantar

Myszy się nie udało uzyskać żywego potomka – nadal gorączkuje, ale nie wygląda już na umierającą.
Ale Jutrzenka, jak co roku, bezproblemowo zabłysnęła kolejnym młodzieńcem;)
Oto Matka Polka i … Jantar:)

o terenowym zębów myciu

Wypadło mi się w podróż autobusem wybrać. Na dworzec zaledwie 4 kilometry, no może 4 i pół. Dotarcie zajęło mi zaledwie 40 minut, mimo, że ostatni raz taką "trasę" to robiłem dawno, dawno temu, bardzo daleko stąd. Cóż, dotrzeć to jedno, a przypomnieć sobie na miejscu o nieumytych zębach to drugie. Chwila myślenia. Sklep zamknięty bo późno, więc ani zestawu, a ni gumy nie dostanę. Zaraz, zaraz… Wszak mam na sobie kurtkę, bo siąpi, a w kurtce powinien być zestaw podróżny – mała szczoteczka i pasta! Hurra, jest! Wyszorowałem. Jak tu jednak wypłukać? No z kałuży nie skorzystam, ale z kropel deszczu na trawie – jak najbardziej:) Skorzystałem więc. Hmmm, ale czy na pewno nie jestem gdzieś upaprany pastą? Przydało by się lusterko. Nie mam. Ale mam telefon:D Cyknijmy się więc i sprawdźmy jak wyglądamy:

Nie jest źle, jeszcze może tylko bardziej z bliska…

No dobra. Jak już się zobaczyłem, to odkryłem oberwaną rynnę na dworcu autobusowym. I ciurkającą z niej świeżą deszczówkę. Tu ablucji stało się zadość;) Zawsze sucho, zawsze czysto, zawsze… eeee, to nie to. Wsiadłem w autobus i nie strasząc nikogo (nawet misia Gogo) pojechałem w siną dal…