czas handlarzy

Jakoś tak się dziwnie składa, że na przełomie września i października rolnicy potrzebują pieniędzy. No bo wypstrykali się z kasy a do dopłat daleko. I zaczyna się poszukiwanie źródeł finansowania.

Takoż i ja wstałem wczoraj bladym świtem. Walnąłem kawę, tabletkę od bólu głowy, zwróciłem kanalizacji zawartość żołądka po przedwczorajszym noszeniu belek u listonosza, samopoczucie poprawiłem sobie poszerzając wybieg dla krowiszonów i robiąc im poidło. Tak podbudowany postawiłem wszystko na jedną kartę – wypłaciłem znaczy się z niej resztki kasy, zdając sobie sprawę z tego, że właśnie zamierzam zdefraudować kasę na przyszłomiesięczne rachunki i… zdefraudowałem ją. Kasę. W kasie gminy. Znaczy się zapłaciłem trzecią ratę podatku. Żeby dostać zaświadczenie o niezaleganiu z podatkiem. Które z kolei zamierzałem przedstawić w dowolnym, przychylnym mi jeszcze banku.

Wróciłem do domu, dietetyczna herbata z niczym. Zbieram się żeby do KRUSu po kolejne zaświadczenie o niezaleganiu pobrać (tu akurat nie zalegam) i do banku. Wjeżdża jakiś dostawczak na gumno. Handlarze. Ci też wiedzą, kiedy przyjechać. Od słowa do słowa no i przekonali mnie – głównie gotówką w garści – że Masaj jest be, a Lejek cacy. Średnia wyszła normalnie, choć mogłem sprzedać samego półrocznego Lejka w cenie półtorarocznego limuzyna…

Potem szybki kurs do Dobrego Miasta, potem do Lidzbarka do KRUSu i banku, gdzie jeszcze przydałoby się kilka papierków. Potem do domu, przesiadka na beemkę i żabi skok do Rosji. Co się wydarzyło i jak się skończyło w następnym wpisie po linie.

Jak już stamtąd wróciłem, przesiadłem się do naprędce spakowanej ładzianki i wróciłem do stada. Stadła znaczy. Dzień był intensywny, ale na szczęście już się skończył…

dziura w pubie

Prace w pubie postąpiły. Jest już trochę przestrzeni, którą docelowo zamierzam zapełnić krowiszonami. Droga to jeszcze daleka i kosztowna, ale widać światełko w przysłowiowym tunelu:

Wyciąłem bowiem zrzutnię w najbardziej wygniłym miejscu sufitu nad pubem, która posłuży pierwotnie do windowania na górę „nikomu niepotrzebnych rzeczy których nie można wyrzucić”, a wtórnie i docelowo będzie miejscem zrzutu słomy ściółkowej i siana paszowego, skrupulatnie przez lato gromadzonego nad pubem…

Pub pierwotnie był oborą, miano zmienił gdy ociec z Jurkiem zaczęli przed matką się tam chować i alkohol niskoprocentowy spożywać. Ponieważ ja przed nikim z wyjątkiem Zbrozły chować się nie zamierzam, pub do funkcji oborowej przywrócić postanowiłem:)

Przy okazji dziur to zamówiłem u listonosza kilka dziur w ziemi w których woda dla zwierzaków na pastwisku zbierać się będzie. Jako „oczyszczenie” istniejących, bo nowych robić nielza.

piaski czasu

Wczoraj zadzwonił listonosz. Znienacka. Że łychę zapiął i jedzie po piasek. Nosz… gdybym z pół godziny wcześniej wiedział. A tak z czasem krucho, bo żeby ciągnik zapalić to trzeba pół dnia akumulatory ładować. Czas, czas… No dobra, odpaliłem z kabli od ładzianki. Jedziemy!

Stalowy dinozaur rodem z kopalni Jaskiniowców zaczął gryźć ziemię…

… i wypluwać zawartość paszczy na rozrzutnik:

Oczywiście przez cały czas załadunku lało jak z cebra. I okazało się że trochę mało powietrza mam w jednym kole rozrzutnika. Niemniej jednak  dowiozłem na gumno jakieś cztery tony piasku:

Teraz jeszcze deski na piaskownicę i dzieciaki będą miały frajdę na następne wakacje. O ile koty nie zrobią sobie z tej piaskownicy wychodka:/

Trzeba się listonoszowi było odwdzięczyć. Kasy nie weźmie, flachy mu przecież nie dam, bo on też jeździ za granicę. No to trzeba po prostu wziąć flaszkę i iść do niego ją opróżnić towarzysko. 

W skrócie: zostałem zawieziony do listonosza, upity i odwieziony z powrotem. A że piliśmy pochodną ruskiego spirytusu, nadal widzę;)

zaprawa

Zaprawa od dzieciństwa kojarzyła mi się z murowaniem. I z lasowaniem wapna:) Dawne, dobre czasy, ech… Potem ten termin pojawił się w internacie, gdzie z rana wyganiano nas na „zaprawę” fizyczną. Bezsens totalny, ble…

Ostatnio termin jako taki wrócił – za granicą:

Można się również zaprawić metodą fiskalną, czyli Pit’em;)

Bardzo dobre piwo, u nas o takie ciężko, wszak w Unii jesteśmy i musimy zadowolić się spełniającym normy sikaczem. 

A wczoraj zaprawialiśmy z sąsiadem ziarno metodą budowlaną:

Się wsypuje worek pszenicy do betoniarki, wlewa się odmierzoną dawkę trutki na szczury czy innego badziewia i się miesza. A potem w siewnik i w pole.

Dobra, idę ciąć płot.

z pamiętnika przemytnika 8/9

Ciśnienie miałem żeby znów na Bezledy pojechać. Z różnych względów. Przy czym odstanie pięciu godzin na dołku do nich nie należało. No ale skoro już się tam jest, to można się porozglądać. Przed dołkiem mamy wulkanizację:

Z dumnym napisem „ROBIM KOLA”. U nas, w UE, można napełnić koła na przykład azotem i wtedy dostaje się takie fajne kolorowe kapturki na wentyle. A tu można napełnić koła czymkolwiek – na przykład substratem dymu tytoniowego – i dostać normalne kapturki lub nie dostać ich wcale.

W kolejce jest porządek. Są trzy pasy dla EU, normalny i dwa szybsze. Żeby dostać się na jeden z szybszych należy uiścić stosowną opłatę u parkingowego w budce:

Tam również uiszcza się opłatę za skorzystanie z hangaru, w którym robi się to, czego na myjni lub wulkanizacji się nie zrobiło.

No i wjeżdżamy na przejście według zaleceń pałkowego. Znaczy się rosyjskiego pogranicznika, który czarno-białą pałką kieruje ruchem „pobierając” po kilka samochodów ze wspomnianych trzech pasów. Według nieznanego mi klucza, ale ważne, że jest porządek, a nie jak na Grzechotkach wolna polanka z wpieprzaniem się w kolejkę. Na przejściu rosyjskim luzacka atmosfera, człowiek normalnie się odpręża. Zjeżdżam pod bezcłowy, kupuję dozwolone dwie paczki papierosów – ekspedientka kręci głową z dezaprobatą, że nie dwa wagony. Irytuje mnie nieco konieczność oczekiwania aż znajdą się pańcie kierujące porzuconymi i blokującymi przejazd samochodami. Nie dość, że zablokowały przejazd, to jeszcze wychodzą z naręczami papierosów i zamiast wsiąść do tego swojego i odjechać, to niosą towar do trzeciego samochodu za mną, gdzie jest upychany w różnych miejscach. Wreszcie ruszamy. Zajeżdżam na pas „nic do oclenia”, bo pusty i nie mam nic do oclenia. Chwilę czekam, bierze mnie pogranicznik z sąsiedniego pasa. Spogląda na beemkę, raduje się niepokojąco. Prosi jeszcze o dowód rejestracyjny. Oddaje mi papiery i zaprasza do okienka. I dalej taki uradowany, więc pytam, czym sobie zasłużyłem na tą wesołość. Oczywiście robię rachunek sumienia, bo mimo braku kontrabandy mogą mnie skanalizować, a to jednak trochę czasu zleci. A on mnie zastrzelił: „Pan wcześniej Nivą jeździł. Czytałem pańskiego bloga…”

Celnik zrobił mnie ekspresowo i wjechałem do PL podbudowany własną sławą;p

 

Dzień następny to wyprawa na Grzechotki, bo w pośpiechu wpisałem w karcie migracyjnej, że do Mamonowa jadę i nijak to pokazać w Bezledach. Tym bardziej, że Fordem, a on niespecjalnie nadaje się na bezledzki dołek. Na kamerce przez cały dzień było pusto, ale oczywiście jak ja jadę to się od razu robi kolejka do końca barierek. Niewykluczone, że w wyniku postępującej prywatyzacji przejścia coś drgnie i skończą się te kolejki. A prywatyzację poznać można po zmianie pobierania opłaty celnej. Załączniki wczoraj pobierane były przez inkasentów w kolejce:

a nie jak dotychczas na celni. Widać jednak, że to dopiero początki, bo i tak swoje odstałem. Widać nawet, jak stoję na pole position:) 

Dalej już sprawnie, zarówno po stronie rosyjskiej jak i polskiej – może dlatego, że kończyła się zmiana i jak to przed końcem wszyscy chcieli mieć dzień z bańki.

Genialny poradnik dla przemytników i nie tylko;) -> http://rosjapl.blogspot.com/