uusi ravintola

Krowiszony bladym świtem udały się do nowej knajpy:

Biorąc pod uwagę stan trawy na dotychczasowym pastwisku, czas był najwyższy.

Wczoraj Listonosz ładował mi koparką obornik przedoborowy. Efekt był na zakończenie mierny, bo wczoraj stanęło, a dziś po użyciu perswazji hukło, jękło i się wygło. Co się zaczęło, trza było skończyć – widłami:

A potem kilka godzin spędzonych na diagnostyce, odkręcaniu, prostowaniu, przykręcaniu, przeklinaniu, piciu i tym podobnych rolniczych zajęciach. Na chwilę obecną stan maszyny można uznać na poziomie „idealny do pożyczenia”, może komuś się coś i będzie musiał naprawiać. No ale raz, że ja nie z tych(ów), a dwa, że swojego gówna mam do wywiezienia dosyć. Tylko na razie małymi partiami i powoli.

koński punkt widzenia

Po wiekopomnym prowadzeniu koniowatych na Paprocin, w ramach przyzywczajania zwierzaków do nowych warunków, podjąłem ryzyko spojrzenia na nie z jazonowego grzbietu:

Nie dał mi powodu do powodowania sobą, więc po odbytym rajdzie turystycznym zaległemna trawie z własnej nieprzymuszonej i podziwiałem widoki. W pole widzenia wszedł wierzchowiec i zdziwiony moim zachowaniem – wszak mnie nie zrzucił – rzucił: a ty gościu odpierdalasz co?

Zgaszony przyganą udałem się na przystaw i wykonałem pierwszą tegoroczną ablucję…

Spotkało się to z podziwem Osadźcy, mamroczącego coś o Zimnej Zośce i kąpieli… A może to nie był podziw? Ważne, że było orzeźwienie.

mielenie prania

Pranie postanowiłem rano zrobić. Bo wczoraj nie było proszku do prania. A dzisiaj znalazłem go w szafce. Pozbierałem wsad pralczany, wrzuciłem do pralki i start. No abla. Mrugają różne lampki, w tym ostatnia ENDE. Żesz… Kilkukrotne trzaśnięcie klapą, wajchowanie programatorem i parę wiązanek nie pomogło. Kiedyś gdzieś ktoś wspominał, że przyczyną nieablania może być zasyfiony wyłącznik od klapy. No to do pabu po narzędzia, rozbieram. Oczywiście opróżniwszy wcześniej bęben z prania. Wyłącznik jako żywo przypominał fragment wnętrzności komputera. Kabelki, sprężynki, siłowniczki, elektromagnesiki… i trochę śmieci. Wyczyściłem pobieżnie, mycie w benzynie sobie darowałem. Składanie badziewia… bez pęsety ciężko było, ale po pół godzinie dałem radę i zostały mi tylko dwie śrubki. Trzecia wpadła gdzieś w czeluści pralki, więc liczy się jako przykręcona na miejsce. Pozamykałem, poustawiałem, włączam i… no abla. Żesz… Prawie do sklepu pojechałem po nową pralkę, ale jakimś zbiegiem okoliczności ustawiłem pokrętło programatora na ENDE. Wszystko nagle zgasło. Olśnienie!!! Ustawiłem jedno z niemieckich prań i maszyna ruszyła!!! Ufff…. teraz śniadanie i pójdę odpocząć przy grodzeniu pastwiska. Dopiłem poranną kawę, zrobiłem sobie kanapki. Poszedłem do łazienki pozbierać narzędzia. Potknąłem się o leżącą spokojnie na podłodze kupkę prania… Wyłączyłem pralkę, poczekałem aż się otworzy, zapakowałem pranie, włączyłem inny program. Krótszy.

 

Zatęskniłem za zerojedynkową Franią. Do Miele trzeba mieć doktorat…

odcinanie

Jakiś czas temu Obelix odciął się od zachodniego systemu podatkowego i nazywa się teraz Żora Depardiewicz.

Chwilę temu Lara prewencyjnie odcięła sobie cycki.

Z niecierpliwością czekam aż Achilles odetnie sobie fiuta…

Dotar Sojat

Jak sprawiałem koguta wszedł mi w rękę skurcz. A konkretnie w prawego kciuka. Wystraszyłem się nagłością i nietypowością zjawiska, tym bardziej, że od tamtego czasu powtórzyło się to kilkukrotnie. Hmmm, na dobrą sprawę nigdy nie chciałem być Johnem Carterem, jeśli już to chciałem… Dejah;) Bohater Galaktyki też ze mnie żaden, więc? Czas zastanowić się nad gospodarką mineralną organizmu i w ogóle nad sobą… Starość?

Koń paprociński

Z braku pomysłu na wykarmienie koniowatych wpuściłem je na gumno, ogrodziwszy uprzednio co cenniejsze uprawy przydomowe. Przez noc zaistniał efekt kosiarki, okraszony sielankowym widokiem z okna o poranku:

 Sielanka trwała do chwili, gdy ogiery się pobiły:/ I ogrodzenie rozwaliły, i mnie wkur… a tam, żadna poezja z tego nie wyszła, tylko dodatkowa robota. 

Korzystając z niewolniczej siły roboczej dokończyłem w sobotę ogrodzenie na Paprocinie. Bo jest tam taki kawałek, którego albo nie można kosić albo nie chce mi się kosić. No i w niedzielę bladym świtem nastał czas „equodusu”. Matkę Polkę na sznur, Jazona na sznur, reszta ma iść za tłumem. Przez drogę, na pole sołtysa. Wszyscy są? Ano nie. Jantar stwierdził, że on przez drogę nie idzie, bo się utopi albo co… No i ch…, nie jestem dobrym pasterzem co to stado zostawi żeby jednego ratować, idziemy zanim nas jakiś radiowóz zgarnie za prowadzanie się po drodze. Jakieś 300 metrów dalej dogonił nas ten wyrzutek, widać strach przed samotnością był silniejszy od strachu przed głębią asfaltu. Bez większych przygód dotarliśmy na Paprocin (nie mylić z Paprociną) i o 6:07 można było uznać sprawę za zakończoną:

Kurde, zdziczeją mi tam te koniowate… ale przynajmniej zdziczeją w dobrych warunkach.

mądrości ludowe

Nadszedł czas zmian w puli genetycznej kurwiszonów. Zajrzałem więc w sobotę do kurnika…

 … i zobaczyłem zamyślonego koguta. Pewnie myślał o niedzieli…

 A żeby mu smutno nie było, ze Starej Baśni zaczerpnąłem pomysł na towarzystwo. Cała czwórka wróciła do wielkiego obiegu Przyrody, jedni bezpośrednio, inni nieco dłuższą drogą:

 Ostał się jeno Gach, Pan na Kurniku. Żeby z traumy po rzezi z której ocalał go wytrącić, dostał od ręki sześć nałożnic…

 a następna dziesiątka osłodzi mu żywot za jakieś pół roku:

Jedno jest pewne – darcie pierza z kurwiszonów to żmudne zajęcie:/