kamień agronautyczny

Flamel niejaki podobno pozyskał kamień filozoficzny, mogący robić różne takie. Nie żebym mu zazdrościł, w końcu nieśmiertelność może być męcząca. Ale postanowiłem zgłębić temat i oto efekt: klika ton żelaza mniej lub bardziej pozbawionego węgla….

przy pomocy kamienia agronautycznego (dowolny leżący na gumnie)  udało mi się zamienić w metr desek…

oraz kilka metrów karabinów:

Ba, i jeszcze mocy w kamieniu zostało. Ale to na później.

Na razie powróciłem do męczenia pojazdu polowego…

Padnięty jestem. Dobranoc Państwu.

w dobromiejskim gaju

W niedzielę, żeby nic nie robić, wymyśliłem, że będzie padać i w pole nie jadę. I nie pojechałem. Pojechaliśmy za to na Dzień Ojca do Jana, żeby po próżnicy na jedno święto nie jechać;P I fajnie było. Tym bardziej, że opijaliśmy podwójne święto w klimacie pogańskim, pod przychylnym spojrzeniem samej Bogini…

Znów drgnęło jakieś wspomnienie z dzieciństwa, to zbieranie kwiatów dziewanny na syrop:)

kurza apteczka

Pogoda jest iście mordercza. Kotom na przykład jest już wszystko jedno, czy uważa się je za żywe, czy za martwe…

Jak jej ta głowa nie odpadła…

Z braku kogoś do opieki nad zwierzyńcem w drugiej siedzibie stada na szybko przeniosłem osiemnaście kurczaków i jednego psa do majątku. Ot, w takiej klatce która akurat pasowała do przyczepki:

Z racji wspomnianej już, morderczej pogody, oprócz słusznych racji żywnościowych zabrałem tez pieniek pierwszej pomocy, gdyby któryś z kurczaków zasłabł po drodze…

Mając świadomość, że jestem przygotowany na zawały i omdlenia, kurczaki zniosły podróż nad podziw dobrze… Nie ma to jak motywacja;)

se pokosiłem

Ostatnio natchnęło mnie na skoszenie u listonosza i przy topolach. Tu i tu 4 godziny, choć działki różne. Heh, jak zaczynałem to na topole potrzebowałem dwa dni, a teraz…

I jak to zwykle bywa, już mi prawie wyschło, gdy zmokło. No bo deszcz ma to do siebie, że nie będzie mi ułatwiał życia. I dobrze. Choć dziś udało się zebrać jakieś 60 kostek z pola listonosza, tak między burzami. Trochę irytujący jest fakt, że jestem jedynym czynnym kierowcą i po każdą zabawkę muszę zapieprzać osobiście. I tak jak już jechałem po Sprintera rowerem, napatoczyła się Policja. Usłyszałem radosne „Dzień dobry!!!” i zobaczyłem rękę sięgającą po alkomat. Nie przestając pedałować pod górkę zapytałem: „To co? Dmuchamy a potem pomagacie zwozić siano?”. Gliniarz bystry był. Ciepnął ten alkomat na siedzenie i ze słowami: „To na razie. Cześć.” oddalił się w stronę wsi by zapolować na rowerzystów z nałogami ale bez wymagań…

A siano mi moknie…

trzy kolory

Jakoś ostatnio zaniedbałem szacowne grono Abonentów. To z lenistwa. Z tego samego powodu hurtem wrzucam garść informacji…

Ponieważ Służba Celna ocipiała do reszty jeżeli chodzi o tak zwaną okazjonalność, postanowiłem się na nich obrazić i kupiłem sobie – złośliwie rzecz jasna – pojazd zwany „piździkiem”:

Piździk nie dość, że celników wkur.. pojemnością zbiornika, to jeszcze rzadkością tankowań, bo ostatni pomiar wykazał mi 3,67… Dobra, dla władzy przesuniemy przecinek.

Wędzenie ostatnio urządziliśmy. Jak widać chętnych do testowania wędzarni nie brakowało:

 Wędzenie wędzeniem…

 a wypić coś trzeba. Niektórzy nawet nieco przeholowali. I za karę zostali profesjonalnie pogryzieni psem. I dobrze.

Pogryzienie to by się jeszcze Froniowi przydało. Podpuścił mnie, żebym skosił koniczynę, a on mi zbalotuje. Skosiłem, a on się wypiął. W związku z tym przechodzę na stronę wsi twierdzącą, że z niego jest kawał huja. Małego, dlatego przez samo „h”.  W efekcie poprzerzucałem sobie za wszystkie czasy i po staremu zrobiłem kostki. Wilgotne…

 Doceniłem przy okazji pakowność Mercedesa, który nie dość, że bierze na się tyle kostek co rozrzutnik, to jeszcze przyciągnie na gumno pająka:

 Dobra, testowe sianokosy za nami, 280 kostek schnie na strychu obory. Reszta pól chwilę poczeka. Natomiast koniowate doczekały się redukcji…

Nie chcę być sentymentalny. Taka jest kolej rzeczy. Mniej gąb do wyżywienia, mniej stresu związanego z walką o przewodnictwo w stadzie. 

Próbuję ogarnąć ten monitoring, znaczy skomunikować go z internetem, no bo kolega MJS zostawił mnie w sposób profesjonalny i nieprowizoryczny. Ponieważ sam tego chyba nie ogarnę, skonsultowałem się dziś z informatykiem. On też tego nie ogarniał, ale za to dowiedziałem się nico o kolorach. Kobiety rozróżniają kilkaset milionów kolorów, mało który monitor/matryca dysponuje taką ilością. Natomiast faceci rozróżniają wszystkie trzy kolory: zajebisty, chujowy i pedalski.

Opijamy z Osadźcą sprzedaż koni, bo flachę dostał za pomoc przy załadunku.

Królestwo Płazów

Osadźca wspomniał, że w piwnicy są traszki. Miliony. Gigantycznych. Wyobraźnia dorobiła kłapiące uzębione szczęki odgryzające ramiona i połykające dzieci w całości. Pogoniłem wyobraźnię i o temacie zapomniałem. 

Do dnia, gdy z piwnicy coś wypełzło… Wyglądało jak szara liszka z ogonem. Wziąłem cosia i wywaliłem na gumno, żeby mi się po domu nie szwendał. Ale przypomniałem sobie o kłębowisku traszek w piwnicy. Może to jakaś zmutowana postać larwalna była? Czas na wyprawę do wnętrza Ziemi…

Uzbrojony w latarkę i słusznych rozmiarów drąga, by zdobycz ogłuszyć, otwarłem wrota podziemnego świata. Nieco zawiedziony brakiem wspomnianego kłębowiska już pod klapą w podłodze wczołgałem się w ciemną czeluść…

I NAGLE…

Zobaczyłem potwora:

Napięcie opadło. Ale chyba niezłą atmosferę grozy zbudowałem?;) Faktycznie, odnalazłem kilka traszek różnej wielkości, z czego największy był ten oto samiec:

Z ogonem jakieś 15cm, więc jak na traszkę to spory. Reszta to maluchy. Plus kilkadziesiąt żab, ale jakoś nie miałem ochoty żadnej całować. Choć sianokosy się zaczynają, to przydałaby się ręka księżniczki. Albo renta. 

Smoka nie ubiłem, księżniczki nie zdobyłem, mogę więc spokojnie pojechać przewracać siano:)