Szcz… nieważne;)

Sąsiad zapragnął siewnika. Ugadaliśmy się, że pojedziemy po to cudo. Dotarło do mnie, że do Szczuczyna. Jeszcze powiedział, że to jakieś 230km. Patrzę na mapę, no rzeczywiście, 240, ale tam i z powrotem. No i dobrze. Jedziemy. Tyle, że do S… cośtam. 230km. W jedną stronę. Wrrrrrr, a takie miałem piękne plany. Nieważne. Ważny kaefcing w łomżingu. Już w lepszym nastroju znajdujemy rzeczony siewnik gdzieś na obrzeżach Podlasia. Oględziny i sąsiad decyduje, że bierze. Tylko, że to bydlę jest i żeby załadować na Sprintera, trzeba klatkę zdemontować. Potem bydlaka załadować, i klatkę zamontować. Mać…

Wracamy. Powrót zgodnie z planem. Tyle, że planem B. Więc nocuję u sąsiada, bo to takie sąsiedztwo odległe o jakieś 87km. A rozładunek zostawiamy na rano, bo penisa widać.

Potem już bez przygód do domu. W domu ogarnianie po całodniowej nieobecności, na szczęście najmłodsza ogarnęła konie…

A ja w międzyczasie odpaliłem użyczony przez sąsiada parownik…

Para buch, tłuczek w ruch. I krowiszony dostały pierwszą dawkę ekodopalacza. Tak na zakończenie roku. W ramach podsumowania dołączam jeszcze małe conieco:

Wąskie gardło wiejskiego lodołamacza

Ogarnąć się z łódką było trzeba. Bo zima idzie. Droga do stoczni skuta lodem…

Ale jakoś dotarłem nie podzieliwszy losu Titanica. Ba, udało mi się wytargać balię do suchego doku i spuścić z niej wodę:

Teraz można czekać na zimę. Naprawy poszycia dopiero jak się ociepli.

W międzyczasie dane mi było zobaczyć jak kiedyś zabawiano dzieci:

Cudna grzechotka gęsi z gardła wyrwana. Normalnie zarejestrować jako handmade produkt regionalny. Ciekawe, co na to zieloni…

J zdecydował się przemieścić swój Wiejski Sprzęt Kaskaderski w bardziej cywilizowane warunki…

Szkoda, że zwlekał z tym przez 20 lat, bo sprzęt okazał się nie być idiotoodporny:/ Zapakowaliśmy toto na Sprintera…

I już u mnie na gumnie zapragnąłem poczuć jak to jest szybko i komfortowo…

Bziuuuuuummmmm. Na szczęście przedni hamulec wciąż działa:) A od przyszłego roku przewidziana renowacja i przywracanie do świetności. No chyba, że J sceduje prace na mnie, bo ja to tam małego diesla widzę… 😀

wystrzałowa dwójka

Riplej dwójki najmłodszej wczoraj się odbył. Bo nie wszyscy na pierwszej imprezie byli. W sumie dla dziecka frajda niesamowita – taka kumulacja:)

Szwagier znęcony bliskością strzelnicy kilka zabawek przywiózł. Ot, żeby w M16 kolimator ustawić. Wyrwaliśmy się zatem z chłopakami na strzelnicę póki widno. Nie powiem, zabawki ma przednie i w najlepszym gatunku…

Wyniki na tarczy to jedno, ale jak to u dużych dzieci, najbardziej cieszy destrukcja…

Popukaliśmy też z pistoletu…

… i tu byłem niepokonany: na 10 strzałów 11 miałem w tarczy:D Żeby nie psuć efektu KBKS sobie odpuściłem;)

Potem wieczorne głaskanie zabawek, normalnie jak dzieci… Hmmm, no właśnie nie. Bo dzieciaki obecne na imprezie jakoś w ogóle nie były zainteresowane kawałkami drewna, metalu i plastiku w „dorosłym” wydaniu. Może i dobrze…

strzyga

Wczoraj w przebłysku geniuszu okraszonego nutką ryzykanctwa załadowaliśmy z sąsiadem na Sprintera cztery baloty:

I standardowo dwa na przyczepkę. O worku kuku nie ma co wspominać. I wczoraj już nie chciało mi się walczyć z rozładunkiem, zostawiłem sobie to na dzisiaj.

Trochę się ociągałem z wyjściem z domu, w domu +12, na gumnie +2 więc miałem 10 powodów żeby się nie śpieszyć. Nieustający ryk krowiszonów jednak zmusił mnie do opuszczenia miejscówki przy kaloryferze, żeby im zatkać mordy sianem. Jak się uciszyło to wziąłem się za rozładunek. Niby nic, niby jak zwykle. Pierwszy balot z przyczepki jakoś poszedł. Drugi stawiał opór. No jak ja nie dam rady to nikt nie da rady… Zaparłem się i … znienacka nadleciała strzyga, „strzygła” mnie zdradziecko od tyłu między łopatki. Raz, drugi… Balot poleciał, a ja po tym „strzygnięciu” nie wiedziałem jak się wykręcić, żeby boleć przestało. Nie miałem nawet siły odciągnąć przyczepki:/ Posiedziałem chwilę pod ścianą na krzesełku młodej, doczołgałem się do domu i walnąłem kilka Ibumów. Odczekałem trochę, jakoś odciągnąłem tą przyczepkę. No ale rozładowanie ręcznie Sprintera w tym stanie jakoś nie miało oznak prawdopodobieństwa. Na szczęście traktor okazał chęć do współpracy, za co obiecałem mu na koniec dnia godzinę dobroci. Rozładowałem te baloty byle jak. Plan udania się do lasu w tym stanie nawet mnie wydał się idiotyczny. Na szczęście miałem przygotowany plan B, czyli wielkie czyszczenie, smarowanie i ropowanie prasy. Nie szarpałem się już ręcznie, do całokształtu prac użyłem dedykowanych maszyn czy też urządzeń. Po kilku godzinach udało mi się uzyskać coś na kształt błysku, co uwieczniłem na zdjęciach, bo cholera wie kiedy znów będzie tak ładnie wyglądała:

A przy okazji dokumentację foto można będzie wykorzystać przy ewentualnej sprzedaży. Bo mi się balociarki chce…

Drugie karmienie zwierzaków przebiegło nieco ciszej. A potem obiecana godzinka dla traktora, poprzedzona dziką radością wywołaną odkryciem w kieszeni napoczętego listka Opokanu… Uprościłem „tymczasowy” (od dwóch lat…) układ paliwowy i przywróciłem do życia pneumatykę. Chciałem jeszcze jeden zawór przeczyścić, ale ciemnawo już było i zostawiłem to sobie na jutro. O ile wstanę z łóżka. A jak wstanę, to może i łódkę ze stawu wreszcie wyciągnę, bo już raz robiła za lodołamacz, a wcale mi się nie uśmiecha nadanie jej pośmiertnie miana Titanic II…

Ale to wszystko jutro. O ile „szczyka” nie wróci…

Lazy Mokołaj

Chyba pierwszy raz w tym domu są święta takiego kalibru. Z rozmachem, głównie stołowym, co powoli trzeba będzie odchorować… Zapewne ta właśnie słuszna wyżerka zwabiła do nas wychudzonego Mikołaja…

Jak to Mikołaj, zanim się przebrał za człowieka, rozdał prezenty. Największą furorę zrobiła niewątpliwie marsjańska podobizna Bruna;)

Pozostało odśpiewać lazy-kolendę i świętować;)

Nazajutrz po porannej pieprzówce trzeba było się przewietrzyć, przy okazji skalpując małpiszona:

A potem żarcie, picie, swawole kinektyczne (pierwsza lekcja szermierza Jedi – nie odciąć sobie głowy) i obowiązkowy Kevin.

Dziś dzień drugi, ani chybi spokojniejszy;)

dzikie pole

Pół kartonu topinamburu (lub topinambura po warszawsku;P) mi zostało. Szkoda, żeby się zmarnowało. Koło domu nie posadzę, bo już mam. Nieco dalej też nie, bo ptaki. Jeszcze dalej też nie, bo koniczyna. Całkiem daleko też nie, bo daleko. A nich tam, znalazłem sobie kawałek łączki z marną trawą, co to w papierach wiatrak tam ma być i zrobiłem poletko doświadczalne:

Taka odkrywka z przykrywką. Zapakowałem w odkryte 3 skiby rzeczony topinambur po czym przykryłem z powrotem owymi skibami a następnie ujeździłem ciągnikiem. Teraz czekam, co na to dziki…

Żbik jest dziki…

Na porządki stodołowe mi się zebrało. Bo siana ubyło i można wreszcie prasę schować. Ale najpierw trzeba gdzieś rowery przestawić. Przestawić, hmmm… Młotek, duże gwoździe i parking dla jednośladów gotowy:

Wiszący rower, niekoniecznie w lesie, zajmuje mniej miejsca i nie zawraca d…łoni;)

Prasa wstawiona, no to do lasu po drzewo i choinkę. O ile z drzewem problemu nie było, o tyle choinka zrobiła się problematyczna. No bo te własne to średnio po 5m mają, wiem, że stropy mam do zwalenia ale niekoniecznie teraz. Jak się ogarnąłem z gumnianymi zajęciami, wyskoczyłem z siekierką do pobliskiego lasu, licząc, że na terenie niczyim coś uciupię.

Dupa tam… Leśnych nie ruszę, bo szkółkowe, po rowach nic nie ma. Za to widok Jeziora Będziego od drugiej strony był urzekający:

O, i na brzegu rosną choinki. Niektóre już w wodzie, więc… Tylko co tu tak nierówno? Hmmm… Twardzielem trza być, żeby o zmierzchu iść do lasu z siekierą zamiast giwery. Chyba po to mi ta siekiera, żeby wbić w drzewo i jako stopień potraktować do wspinaczki, bo kto zobaczy w lesie dzika… ten wraca szybko do chałupy, poszukiwanie drzewka na dzień następny przekładając…:)