to je bajka

Niepokoił mnie powiększający się od trzech dni obrzęk brzucha u Cosi. Wymienia nabrała ponad tydzień temu, tak, że przedporodowe wizyty odbywały się kilka razy dziennie. Ale takiego okołoporodowego obrzęku jeszcze nie widziałem, więc, podejrzewając jakieś komplikacje płodowe, pogadałem z weterynarzem. Ustaliliśmy wizytę na dzisiaj. 

Ale… chyba nie będzie konieczna:)

O świcie stwierdziłem na gumnie obecność Bajki;) No i dobrze. Bo jakby był chłopak, to by się nazywał Obrzęk;P

lewitacja

Wyczekawszy przerwę w deszczu i nie czekając na przerwę w wietrze strzelaliśmy wczoraj korespondenta:

Wynik daleki od oczekiwanego, ale nie oczekiwałem zmiany regulaminowych tarcz 80cm na regulaminowe 60cm. Nie mniej jednak zanim popadnę w rozpacz z powodu swej nieudolności, zaczekam na oficjalny ranking;)

Nie czekałem natomiast z wiosennym wznowieniem treningów Gaździny:

Młoda jeszcze jest, to i naciągnąć porządnie nie ma siły i pewnie dlatego te strzały tak wolno latają, że aparat Lilki nadążył…;) No chyba, że to strzała zalewitowała na chwilę pozując do zdjęcia;)

No i jak się macie po zmianie czasu?;)

trzy folie

Koniczyna mi w trzecim roku mocno wypadła. Dosiać trzeba. Musowo takie ekologiczne Trifolium z certyfikatem. Ale najpierw przygotowanie gruntu. I czekanie na kuriera z towarem. Co by tu… a wiem. Staw wyczyszczony na pastwisku, trzeba żeby coś tam sikało. Na przykład 48 roninów:

A niech turyści mają radochę. Miał facet też suma chyba metrowego, ale nie skusiłem się. Bałem się bydlaka. Przy takim monstrum to i żadne świeże zielsko na brzegu by się nie uchowało, a tak o, kwitnie:

Dojechała ta koniczyna. Żeby było przaśnie i ekologicznie, wsiałem ją ręcznie. Tylko nogi od tego łażenia bolą. Ale warto było choćby i dla takiego widoku:

No, to o te dwie białe plamki na środku rozlewiska chodzi. Łabądki znaczy. Przyleciały i może się znów zagnieżdżą.

Wsiane, to trzeba przywałować. Przed wałem wygląda to tak:

A za wałem tak:

Na zdjęciach może i za dobrze nie widać, natomiast na żywo efekt jest… bardzo ładny. Teraz czekam na deszcz. Pewnie lunie tak konkretnie w niedzielę, bo pierwszego korespondenta strzelamy…

Jare Gody

Nastał czas równonocy. Okraszonej wspomnianym wcześniej zaćmieniem, jakby Swaróg przełożył tarczę do drugiej ręki. Uczciliśmy to po słowiańsku, pisankami:

A na drugi dzień dopełniliśmy zwyczajowego obrządku. Marzanna odnalazła się w stodole…

Czas pozbyć się tego co stare i pozbawione życia…

Ale najpierw trzeba zachować to co ukryła w łonie, żywe i młode:

W obchodach wzięli udział głównie zaproszeni na moje .45 krystowiercy, ale niesnasek na tle religijnym nie było;) Przy takiej ilości spożywanego alkoholu nie ma co tracić czasu na dysputy o wierze czy polityce, lepiej miło spędzać czas;)

zaćmienie

Kilka wydarzeń praktycznie w jednym czasie się zgromadziło. Zorza widoczna z Polski, przesilenie wiosenne, zaćmienie…

 Taaaa, wszyscy jesteśmy spawaczami;) Mimo najszczerszych chęci na zdjęciach nie udało mi się uwiecznić tego zjawiska, wyglądało, hmmm, no właśnie tak:

 Ale na żywca widać było więcej. Albo mniej – Słońca. Na pewno zrobiło się trochę ciemniej i zimniej. Co prawda grozą nie powiało, ale jedna owieczka zakończyła żywot tego dnia. Tak, że ofiara spełniła się samoistnie.

oskołowo

Niewiele się dzieje. To znaczy dzieje się sporo, ale takich zwykłych gumnianych rzeczy, o których nie ma co się rozpisywać. Jakieś walki polowe, jakieś wożenie balotów i takie tam. Z ciekawostek to może tylko to, że sprawdzamy czy brzozę da się już doić:

Na razie jeszcze nie bardzo, ale lada dzień powinna ruszyć.

Z ciekawostek to dzisiaj nie dość że Jare, to i zaćmienie w planie;)

Wał na czarownice

Niby wichury nie było, a drzewo powalone…

Ani chybi jakieś nadprzyrodzone rzeczy nadchodzą. Jak na przykład Nosferatu Szarolez:

 Trzeba zebrać siły na konfrontację z tymi niesamowitościami. Kiedyś to osinowe kołki się strugało, a teraz to siłownikiem w te dziwadła…

 Zaiste potwora stworzyłem, choć nie bez pewnych trudności. O ile kilka…naście wyciekniętych litrów oleju można nazwać trudnościami. Nasączona tymże czarnym mineralnym ziemia wydaliła takie oto dziwo:

 Istny Diobeu. Ani chybi wypełzł z tej oto czeluści:

 Trzeba się temu przyjrzeć z bliska, bo jeszcze zechcą te dziwadła władzę na gumnie przejąć. O, takiego wała, jak droga cała…

No. A tera do łóżka i książeczka:) Niekoniecznie MM, ale też w temacie;)

przygoda na talerzu

Jako się rzekło, zakrzyknąłem wczoraj o świcie „Ahoj Przygodo!”, ona odpowiedziała zmęczonym „a hooj ci w…” i schowała mi rękawiczkę. Pojechałem w jednej. Pierwszy odcinek dłużył się najbardziej, ale wreszcie dotarłem do Drwęcy:

Jeszcze kawałek takiej niewyględnej drogi, skrót koło wieży i wyjechałem w Babiaku:

To był najgorszy odcinek jeśli o nawierzchnię chodzi. Bo jej stan sugeruje rozwinięcie prędkości ponad dotychczasowe 17km/h, co budzi protest ze strony opon, stworzonych do nawierzchni miękkich. Na szczęście ten odcinek, jak to w Polsce, był krótki. Potem było normalnie:

 Niespełna półtorej godziny później dotarłem do celu podanego mi jak na talerzu:

Załatwiwszy formalności pozostało już tylko… wrócić:) Droga powrotna upłynęła nieco szybciej, bo wiedziałem już gdzie mogę przycisnąć. Cała wyprawa trwała 3 godziny i jak do tej pory był to największy dystans pokonany jednorazowo przeze mnie ciągnikiem. Czyli jakieś 40km. 

Talerzówka już została wypróbowana – jako talerzówka sprawdza się super. Następnie została przerobiona tymczasowo na aerator i też działa. Teraz można brać się za aerowanie areału…

komunikacyjnie

Podczas ostatniego wożenia balotów Sprinter stwierdził, że ma dość i idzie na zwolnienie…

Zwolnienie zwolnieniem, a leczyć się trzeba. Pojechałem zatem do Listonosza celem przeprowadzenia operacji. Na miejscu odpreparowaliśmy oderwany amortyzator przy użycia jedynych słusznych (czyli rosyjskich) narzędzi z melem na czele (nie mylić z Gibsonem), po czym Listonosz pospawał uszkodzone mocowanie. Z wrodzonym kunsztem wykończył też robotę…

 Czyż nie zasługuje on na miano złotej rączki?;)

Irytacja wjazdem na gumno sięgnęła dna. Pogłębiłem zatem to dno zamówioną koparką…

… i ubytki wypełniłem trzydziestoma tonami pospółki:

 Jest… inaczej. Mud Max odszedł do lamusa, co nie zmienia faktu, że mam motywację do dokończenia wału celem wałowania rzeczonego wjazdu. Albo walcowania. Taaaa…

Wraz w kończeniem się ziemniaków skomunikowałem wreszcie Ducha z Maszyną do szatkowania okopowych:

 To nic, że prawie dwie tony przemieliłem ręcznie, ważne, że ostatnie dwieście kilo machnę jednym naciśnięciem guzika. No może kilkoma…

W ramach nagrody za inicjatywę gospodarczą Pani Wiosna wynagrodziła mnie kwiatami:

Czuję się doceniony. Na tyle, że wybieram się zaraz po talerzówkę. Traktorem. W świat, znaczy się jakieś 20 kilometrów w jedną stronę. Jak jakiś Road Wariot. Witaj Przygodo.