Dawno temu w wannie…

8 marca 1989, godzina 0:00. Klimontów, Sosnowiec. Gazety, taśma klejąca. Reklamówki. Przytwierdzamy te cuda do siebie: Łysy, Kilan i ja. Na to swetry, dresy, wreszcie skóry. Idiotyczne – z perspektywy czasu – przekonanie, że skóra ma być na wierzchu. Na tyle ta kombinacja krępuje ruchy, że Robocop przy nas to baletnica. 1:00, na zewnątrz +1*C. Odpalamy i w drogę. Ja na Red Lady (Jawa 350), Łysy z Kilanem na Lady Death (MZ 250). Cel: Warszawa, 300km. Nie znałem wtedy jeszcze mojego ulubionego cytatu z Dzienników motocyklowych: „Kurwa, jak zimno”, ale tak właśnie było. Jedziemy. Gierkówka. Gdzieś po drodze Łysemu wypadają zapłony. W dołku na wiadukcie zmieniamy świece, pomaga, jedziemy dalej. Częstochowa. Lady Death odmawia współpracy. Rozterka na przystanku autobusowym. Po krótkiej debacie dzielimy się Glukardiamidem, ja jadę dalej – mam misje do wykonania. Łysy z Kilanem mają czekać świtu na przystanku – trochę mam wyrzutów, ale w końcu Kilan ma w Częstochowie rodziców, więc nie zginą. Gnam przez noc oblodzoną czteropasmówką. Próbuję się zatrzymać przy drogowskazie Studzianki, bez efektu – lodowisko. Zakręty Śmierci gdzieś między Rawą Mazowiecką a Mszczonowem – jadę poboczem, wyprzedza mnie TIR. Co ciekawe sunie po lodzie na zablokowanych kołach. Groza. Świta. Wjeżdżam do Warszawy. Pierwsze skrzyżowanie i panika: co jest?!!! Telepie całym motocyklem. Po chwili dociera do mnie – to tarka przed skrzyżowaniem, rzecz dla mnie nieznana. Przedzieram się przez budzące się miasto, docieram do celu. Misja wykonana. Rzecz cudowna: wanna gorącej wody. Zrozumiałem wtedy, co jest najlepszym przyjacielem motocyklisty:)

Czas wracać. Cel: Nysa, 400km. Tankuję i w drogę. Jeszcze na adrenalinie, mknę na południe, na południowy-zachód. Gdzieś na opolszczyźnie otwieram oczy i widzę we mgle uskakującą przede mną postać. Jadę dalej z przeświadczeniem, że Glukardiamid to gówno, skoro pozwala przejąć prowadzenie autopilotowi. Powoli i ostrożnie, waląc się co chwila w kask żeby nie spać, docieram do celu. Zostawiam motocykl przed domem, wchodzę na piętro. Doskakuje do mnie Łysy z pytaniem: Byłeś w Warszawie?! Byłem… Przeżyli – dotrwali do rana, naładowali u kogoś akumulator i potoczyli się prosto do Nysy. Ja zrobiłem 700km i tez przeżyłem.

Zdarzyło mi się robić trasy dłuższe, szybsze, inne. Ale ta pierwsza na zawsze zostanie NAJWIĘKSZĄ WYPRAWĄ ŻYCIA. Między innymi dlatego, że zrozumiałem znaczenie wanny z gorącą wodą w życiu motocyklisty;P

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s