pampasowiec

 Kiedyś to się pamiętniki czy listy pisało ręcznie. Ciekawe, czy ktoś jeszcze pamięta, jak to się robi. Moje pokolenie pewnie jest jednym z ostatnich, dla których to była normalność, wyparta przez technoewolucję. Tak mnie ostatnio naszło, gdy patrzyłem na szkolników próbujących utrzymać pisadło w ręku. Boszzz, jakie [ciach – w tym miejscu blox raczył przestać zapisywać moje przemyślenia, w [ciach – w tym miejscu blox zrobił to po raz drugi, więc widocznie tego tu ma nie być].

O, przedwczoraj na nocy kabaretowej byliśmy:

IMG_20161126_190305

Dowiedziałem się między innymi, że wilk grzywiasty jest owocem krzyżówki lisa z jeleniem;)

Więcej pisać mi się nie chce, bo to jest trzecie podejście do tego samego wpisu, a opór wirtualny zniechęca. Idę pobrodzić w śnieżnym błocie.

Jak Trurl i Klapaucjusz

Chodzi za mną karmnik. Dla krów taki, żeby balota nie deptały i w niego nie sra… kupy nie robiły. Spore to wyzwanie, bo żelastwo na gumnie jest, ale każde innego rodzaju, więc jakby to połączyć, to demon jakiś wyjdzie. Z wyglądu, bo działać to pewnie będzie. Przymierzam się do tego ze dwa sezony, ale czuję niemą presję otoczenia. Czasami mniej niemą…

Trzeba zatem przed przystąpieniem do prac właściwych nieco potrenować. Na czymś małym i prostym. O, karmnik dla ptaków na przykład. Niby rzecz niewielka i można pozbijać na kolanie. No tak, ale zimno i mokro, to kolano trzeba zanieść do traktorowni. Ale tam ciemno jak w… traktorowni. Mam w garażu halogen taki przenośny, w częściach. Trzeba poskładać. Poskładałem. No abla. Żarnik zapewne padnięty. Gdzieś widziałem. W pubie. Żesz kardan, w samym rogu. Dostać się tam nie sposób. Trzeba najpierw dukt jakowyś do tego rogu stworzyć. Tworzę, bo tu już trzeci dzień mija jak się za ten karmnik wziąłem. Ufff, mam żarnik. Zakładam, o dziwo działa. Zanoszę toto do traktorowni i odpalam. Kurde, jaki tu burdl, ruszyć się nie można. Trzeba coś z tym zrobić. Przez następne dwa dni robię to coś. Oświetlam halogenem nową rzeczywistość i już wiem, że przy tym świetle to ja sobie nie porobię. Za nisko, wali po oczach. Hmmm, a może by tak… takie normalne światło tu zrobić? Ważna rzecz, nie można tak bez przygotowania, zrobię najpierw w stodole. Robię, kurde, jak fajnie wyszło: wchodzisz, pstryk (oficjalnie to nadal dwa druty, żeby nie było, że prowizorkę odpuściłem;)) i jasno. Pstryk – i ciemno. No to następnego dnia traktorownia. Tu było trudniej, bo jeszcze mnie naszło na ciągnięcie druta za stodołę i zrobienie zewnętrznego gniazdka. Już dobrze ciemno na gumnie, można testować. Pstryk – i jasno. Przydałoby się jeszcze jedno źródło światła z drugiej strony, ale przekładam to na później. Bo skoro mam już światło w traktorowni i stodole, to dlaczegóżby nie w koziarni? No właśnie – więc robię. Pstryk- i krzyk. Niedowierzania. Przez kurwiszony wydany, bo jak to, one już spać się ułożyły, a tu czas żeru i jajec tak szybko? Owce stwierdziły, że mają na to wyrąbane.

Mam światło, mam prąd. Ustawiam małą krajzegę, zaczynam tworzyć małego demona. Wyszedł zgodnie z przewidywaniami. Demonicznie koślawy. Za domem światła jeszcze nie mam, więc pod litościwą zasłoną zmierzchu montuję ustrojstwo.

Dzień następny, nie liczę który…

IMG_20161124_104924

Miejsce jest wybrane egoistycznie, by widokiem żerującego „ptastwa” karmić swe poczucie zajebistości. Ale gdzieś tam też zakwitło postanowienie, że w miejscu żeru obowiązuje rozejm w relacjach człowiek/ptaki, więc i sroki mogą czuć się tutaj bezpieczne. A niech tam, powalczymy wiosną.

Karmnik powstał w myśl mojej złotej dewizy: nie musi wyglądać, ma działać. Z czasem (dni? tygodnie? lata?) zostanie zastąpiony wersją bardziej dla oka przyjemną, a protoplasta skończy albo w miejscu mniej widocznym, albo w piecu.

Wizja karmnika dla krowiszonów dojrzewa. Tylko jak one do niego się wdrapią?

suszenie

Mam jakieś tam zwyczaje żywieniowe. W stylu „raz dziennie zjeść coś na gorąco…” itd. Generalnie to moje żywienie mogłoby się kręcić wokół 2-3 potraw i byłoby ok. No ale nie da się. Rozmaitość ofert otaczającego mnie świata zmusza do urozmaicania posiłków. Ale mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że pewne rzeczy lubię bardziej, a inne mniej. O, na przykład taki śledzik. Niekwestionowany zwycięzca we wszystkich kategoriach: na najbardziej nielubiane danie, na najbardziej nielubianą rybę, na najgorszą zakąskę do wódki itd. I to wszystko pomimo tego, że to ponoć tradycyjna polska, a może i słowiańska(?) potrawa. Natomiast jeśli chodzi o konsumpcję „po drodze” lub „przy okazji” to na topie jest KFC. I to mimo amerykańskich korzeni i mojej ambicji faforyzowania kuchni słowiańskiej. Lubię i już. Z dań „domowych” nieco zakurzonym pucharem jest zestaw obiadowy rosół z makaronem+kurczak smażony/ziemniaki/ogórek kiszony. To pozostałość z dzieciństwa która nadal zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce we wszystkich kategoriach. Przy czym mówimy tu o piersi z kurczaka, a nie o reszcie dla psów. Ostatnio pojawił się zestaw do badania jakości żarcia knajpianego, w postaci schabowy z frytkami. Tak, wiem, frytki amerykańskie i niesłowiańskie, ale lubię i ze względów ideologicznych odmawiać sobie nie będę. W domu też to chętnie spożyję, ale głównie testuję tym knajpy. Mógłbym jeszcze powymyślać, ale przejdźmy do bohatera dzisiejszego wpisu, a wczorajszego stołu. A właściwie samuraja:

IMG_20161123_141508

Suszi. Znaczy się surowa lub wędzona ryba, w towarzystwie ogórka/papryki/awokado/sera, dopełniona do masy spożywczej ryżem i obtoczona w jakimś wodnym zielsku. Nie lubię, nie smakuje mi, jest obce mojej kulturze (co nie znaczy że bliskie mojemu chamstwu). Spożycie ratuje jakiś słony sos sojowy (to też już ideologiczny kryminał, a dobre;)), w niczym nie pomaga ani na szczęście nie przeszkadza ten zielony ostry chrzan (zapomniałem jak się nazywa, fajnie, że ostry, bo lubię, paskudnie, że chrzan, bo tego nie lubię). Do tego jakieś wynalazki typu bambus czy imbir (ten to jest dobry, ale do piwa lub herbaty). No i co? No i nic. Ja po prostu nie kumam tego dania, a już w ogóle nie rozumiem całego europejskiego zachwytu i traktowania suszi jako dania elitarnego. To, że Azjaci zrobili z tego sztukę to jest akurat mało ważne, bo oni potrafią zrobić sztukę ze wszystkiego.

Ale to, że tego nie rozumiem, nie znaczy, że będę żałował innym. A nawet posunę się do pomocy w zwijaniu. Powyżej moje pierwsze osobiście skręcone suszi na wczorajszy „obiad”. Mam nadzieję, że smakowało:)

Konkluzja jest taka: mimo kulturowych ciągot słowiańskich nie widzę powodu żeby zamykać się na obce smaki. Po spróbowaniu zarówno dań swoich jak i cudzych, wybrać to co się lubi i tego się trzymać, niezależnie od pochodzenia.

Właśnie odkryłem Amerykę i wynalazłem proch. Po raz kolejny…

leśny dziadek

A tak mi się przypomniała rozmowa z Najmłodszą… „Tato, a zrobisz tak?” Próbuję, no nie bardzo. „Nie, nie dam rady” mówię. A Najmłodsza z dziecięcą szczerością „Bo ty jesteś starym dziadem”. No w sumie racja.

Jak już wspomniałem, ciągnęło mnie do lasu. Dodatkowo umotywował mnie facet z RDOŚu, który stwierdził, że za kilka lat będzie tu pustynia. Mokra w dodatku. No to zebrałem się w sobie i od dwóch dni jeżdżę i wycinam co cieńsze olchy na słupki. Przy okazji lasek się prześwietli, co pozwoli większym drzewom nabrać tempa. Już w niektórych miejscach bobrowate mają taki oto przekomiczny widok: leśny dziadek w akcji:;)IMG_20161122_124400

Co jak co ale obniżenie poziomu wody w Końskim Jarze o jakieś 20 cm przedłużyłoby żywotność zadrzewień. Papier na rozbiórkę tam gdzieś tam leży, na studni grot bosaka, tylko drzewce stosowne skombinować muszę i można spróbować. Pytanie, czy taka mała śluza nie podniesie bobrzej aktywności  w zamian za obniżenie o 20cm nie zechcą podnieść o 50? No nic, jak będę miał chwilę to sprawdzę.

pieluchowa de-portacja

Z portek znaczy;) Się halo wielkie zrobiło, bo ludziska zwykle słyszą to co chcą. A kobita pomysł ma niegłupi, tylko niefortunnie go ujęła. Wyszła z błędnego założenia, że „dobry Polak”=”katolik” (i to taki propisowy) i nie uściśliła różnic między „deportacją” a „sponsorowaną emigracją”. I ktoś już wychwycił że jej nawoływanie do zgody na zawartość Konstytucji jest z tąże niezgodne. Ale nic to, niebawem powinno być jeszcze śmieszniej. Wierzę w poczucie humoru nACZELNIKA i jego świty.

Co ciekawe, łabędzie nie planują poddania się deportacji i pływają sobie w towarzystwie koniowatych:

IMG_20161119_103402

A ja postanowiłem zobaczyć co tam w lesie słychać…

IMG_20161119_102737

Ano jakieś nowe ambony się budują, dziki harcują po drodze i takie tam zjawiska zachodzą. Niebo też zaszło i na szczęście zdążyłem przed deszczem. Wieczorem cyknęliśmy kapustę – trochę późno na kiszenie, ale co tam. Na dłużej starczy;)

spadając z nieba

 Najmłodsza ogłosiła niechęć do baletowania się. W sumie to się nie dziwię, bo warunki siadły. Nic na siłę. Ale że siedzenie w domu nikomu na zdrowie nie wyjdzie, to czas z tegoż domu wypłynąć. Jeśli nie na wody szerokie, to na warmińskie termy podgrzewane: 

IMG_20161116_171101

 Faktycznie, ciepło tam jest. Chyba ktoś się mocno inwestycyjnie przerzucił, ale nie moja to rzecz. Moja to pociecha gdzieś tam daleko po lewej uczy się pływać. Zobaczymy kiedy jej się znudzi..

Kotom nie może się za to znudzić czatowanie przed drzwiami. Z racji ilości chętnych przestawiliśmy skrzynkę na koty w pozycję piętrową. Nowa pozycja została wypróbowana i zaakceptowana:

IMG_20161117_073328

 Wczorajsza wizyta u bobrów zaowocowała natknięciem się na katastrofę lotniczą:

 IMG_20161118_092247

 Nie tak spektakularna jak w Smoleńsku, wyglądało jakby pilot dostał zawału, wylądował awaryjnie nie wypuszczając podwozia i po przyziemieniu wyzionął ducha. Poszukałem u niego oznak życia, bo o ile na niebie jest wrogiem to do wrogich pilotów na ziemi się nie strzela. Niestety ani oznak życia, ani widocznych obrażeń. Oszacowałem jedynie wielkość:

 IMG_20161118_093742

Prawie 120 cm. Spory. Oddałem go Welesowi tam gdzie zakończył swój lot.

Bobry na razie nie rozrabiają, uwiązany jesion stoi. A mnie ciągnie z piłą do lasu…

uzależnienie

A long, long time ago…

Wolałem tarota Jaśniakowej. Łysy wolał Suligę. Mnie bardziej pasowała treść, z wykonaniem dali rzyci, bo rewersy miały inicjały autorki, więc od razu było widać, która karta jest w pozycji odwróconej. Karty Suligi były ok, ale jakiś mroczny ten jego tarot był. Nie przypasował mi, ale autor w pamięci pozostał.

A long tajm później…

Szukając swojego miejsca w świecie duchowym trafiłem do Boanerges’ów. Jeździłem z nimi i czasem, chcąc zrozumieć ich sposób na życie, pojawiałem się na ich spotkaniach. Na jednym z nich spotkałem… Suligę. Jana Witolda, jak się upewniłem. Mało brakło a rzekłbym do niego „mistrzu”. Ale mistrz miał co innego w głowie. JezuKrysta znaczy. Tym mnie zastrzelił, a poprawił stwierdzeniem, że ten cały jego dotychczasowy żywot w świecie tarota to bezedura i trzeba się od tego odciąć, bo jedna jest tylko prawda i znajdę ją w NT.

Mały tajm później…

Odwiedza mnie jeden z Boanergesów. Widzi na półce tarota Jaśniakowej, robi mi pranie mózgu i palimy. Próbuje mnie skłonić również do puszczenia z dymem kolekcji Star Wars, ale na szczęście zawieszamy pozbycie się tego dzieła szejtana.

Kilka dni później odwiedzam rzeczonego Boanergesa u niego w domu. Na półce widzę cały Świat dysku Pratcheta. Pytam dlaczego? A bo to fajne i z poczuciem humoru… Widzę, że są równi i równiejsi. Kończy się moja przygoda w CKM Boanerges.

A long, long tajm później, wczoraj znaczy. Przypominam sobie pewną sytuację z niezrozumieniem naleśników, wiem, że opisałem ją na blogu, szukam. Jest. Ale na trzeciej pozycji w wyszukiwarce pojawia się jakiś blox ze znajomym nazwiskiem. Zaglądam i…

http://ctud.blox.pl/html

Mistrz widocznie uznał NT za ślepą uliczkę i wycofał się na z góry upatrzone pozycje;)

Przy okazji dotarło do mnie, jak różnorakie mogą być uzależnienia. Ano różnorakie. I z każdego można się wyrwać, tylko trzeba odnaleźć w sobie siłę.

Dzień dobry Państwu. Dzień dobry bobry:)