wyprawa na Południe

Stęskniłem się chyba trochę, albo po prostu chcę zdążyć. Powiązałem to chcenie z sugestią eskorty wakacyjnej i wyprawiłem się na Południe. Z przyczyn logistycznych – pociągiem:

 

Po siedmiogodzinnej lekturze traktatu o trzęsieniach ziemi mogłem, parafrazując klasyka, rzec: „Sosnowiec, kur..”

img_20190711_135727_1

Paszportów nie sprawdzają, odprawy celnej nie ma. Poszedłem więc do Wujka, na chwilę obecną patriarchy rodu z drugiej strony mocy. Nadal był tam, gdzie zawsze, od lat:

 

Pogadaliśmy, poopowiadaliśmy, dowiedziałem się co nieco i być może odzyskałem namiar na warszawską część rodu. Trzeba będzie sprawdzić, co tam słychać. Ale to kiedyś. Czas na główny cel wizyty, odwiedziny u Babci. Nadal się trzyma, choć widać, że to już raczej czekanie…

img_20190711_163729_2

Oczywiście nie omieszkałem odwiedzić Dziadka i nieznanego mi osobiście Pradziadka:

img_20190711_162236_1

Trochę pogadaliśmy. Ale mój dom rodzinny jest już jakiś taki … inny. Nie chciałem tam spędzić nocy, wolałem jechać do Młodej na piwo:

img_20190711_192257_7

No i jakoś noc minęła. Dzień kolejny polegał na podrzuceniu mnie do wielkiego miasta i mniej lub bardziej bezowocnym włóczeniu się po miejscach, które kiedyś znałem a teraz są jakieś takie… inne.

img_20190712_123625_8

Po odnalezieniu sklepu firmowego Gerlacha w tym samym miejscu co trzydzieści kilka lat temu i stwierdzeniu, że takich finek jak ta zgubiona na pastwisku z pięć lat temu już nie robią, przejąłem Młodszą na peronie i z niejakimi przesiadkami wewnątrzwagonowymi przywiozłem ją na kilka dni wakacji:

img_20190712_134940_0

A potem nastąpił kres znanego mi świata i rozpocząłem życie foki. Ale o tym w kolejnym wpisie;)

maturalny foch

* E maturę miał. Kilkukrotnie wcześniej prosiłem, żeby dał znać jak poszło. Spoko, jak tylko będą wyniki zadzwoni i powie, czy dostanie się tam gdzie planował. No to czekam cierpliwie. Nawet jak już cała Polszcza zna wyniki, ja dalej czekam, no bo moje dziecko powiedziało, że zadzwoni. I czekam. Nie doczekałem się. Dzwonię do niego raz, drugi. Nie odbiera. Wysyłam smsa, nie odpowiada. Dzwonię do W, sygnalizuję problem. W dziwnym głosem informuje mnie, że nie powinienem się dziwić, bo to ma związek z TĄ SYTUACJĄ. Pytam jaką, wyjaśnia mi.

** Od kilku miesięcy J chce wcześniej alimenty. Na lekarza dla W. Potrzeba jak najbardziej uzasadniona, więc staję na głowie i zamiast 10go (termin wyznaczony sądownie) wysyłam jej pieniądze zaraz na początku miesiąca. No ale w końcu moje możliwości się kończą. Pod koniec czerwca J znów napisała, że chce alimenty na 2.07. Odpisałem, że prawdopodobnie nie dam rady. Na to ona, żebym w takim razie wysłał jej chociaż część. Ok, myślę, ze dwie stówy dam radę. Dałem radę więcej, więc żeby nie tworzyć bzdur w tytule przelewu, wysłałem całą kasę przeznaczoną dla W. A kasa dla E pójdzie w normalnym terminie, bo do tego czasu powinna się uzbierać.

J dodała * do ** i wyszła TA SYTUACJA: wysłałem alimenty tylko dla W bo wiem, że E jest dorosły, skończył szkołę (więc się NIE UCZY) i pracuje (w OBI przez wakacje) więc uznałem, że mu się nie należy i jemu nie wyślę. Dlatego też E po raz kolejny dał się zmanipulować i strzelił focha – nie odezwie się do ojca który nie płaci na niego alimentów.

Kasa dla W poszła 2go. Wyniki matur są znane bodajże od 4go. O TEJ SYTUACJI dowiedziałem się 7go. Termin zapłaty alimentów mam 10go. Zlecenie przelewu kasy dla E wystawiłem 4go z terminem realizacji na 10go.

Dobra, niech i tak będzie. E jest dorosły i ma prawo podejmować „własne” decyzje. Niech więc sobie też radzi z ich konsekwencjami. Ja raz, ze mam teraz ważniejsze rzeczy na głowie niż fochliwy dzieciak czy jego właścicielka, a dwa, że jestem już zmęczony własnym frajerstwem. Dlatego kasa przeznaczona na nagrodę za zdaną maturę trafi w bardziej godne miejsce.

 

 

Raiders of the lost ziemniaki

Czasem jak wracam skądśtam to mi się zachce minąć wjazd na gumno i rzucić okiem na koniowate bądź na Jezioro Będzie. I takoż ostatnio pojechałem rzucać i w oko mi się rzuciła lipa co się o rzucenie dawno prosiła:

img_20190708_094844_4

Oczywiście zechciała się wyjerdolić na moje ogrodzenie miast gwoli przyzwoitości na międzywiejską. No to trzeba będzie zainterweniować piłą lub pałą, bo takie próchno, że piły szkoda. Ale to nie teraz – po piętnastym, jak dojazd zwany niedojadami skoszę. Bo teraz to bym zacną trawę rozjeździł. Przy okazji w oczy mi się rzucił widok owsojadów krzykliwych, które po kilkutygodniowych wakacjach wróciły na Będzie. Jako, że widziałem je z daleka, to z pewnością jest parka dorosłych, maluchów nie zoczyłem. I czasu za bardzo nie mam na szukanie i płoszenie.

Czas za to był na wyprawę po bandurki. Jak widać ekologiczne. A właściwie jak „nie widać”:

No jak mi jeszcze raz ktoś zwątpi w moją ekologię, do dostanie w ryj. Wiadrem stonki… Bo ziemniaków to mi wyszło pół wiadra z pięciu rządków. Ale za to pyyyyyszne;)

W przeciwieństwie do olchy. Bobrowate jakieś wbiły kontrolnie zębiska i odpuściły:

img_20190709_164650_9

No bo po prącie jeść beleco jak wystarczy przeczłapać przez międzywiejską i nawpieprzać się dębiny?

Podobno pogoda się zmienia na… inną. Bo dotychczas to lało, więc teraz co? Śnieg?

stracone miesiące

Jak powszechnie wiadomo blox się zbiesił. Zamknął blogi i łaskawie dał możliwość, żeby sobie ściągnąć osobno treść, osobno zdjęcia. Żeby nie było za fajnie, zdjęcia do wpisów już przeniesionych też wsiąkły – dlatego cofając się w przeszłość Aleją Wordpresa w pewnym momencie zaczyna się szarość słów. Można sobie albo pozgrzytać zębami, albo wzorem FF zamienić kapryśną elektronikę w nieśmiertelny papier.

Pościągałem sobie blogi, żeby ocalić od zapomnienia jak nadejdzie dzień zbieszenia się wordpressa. Ale agronauta.blox.pl się nie dał. Próbowałem się zalogować na kilkadziesiąt sposobów z poziomu „wiesiołka”, ba z innych też. Bez skutku. Wierząc, że to chwilowa niedogodność, napisałem do bloxa, że mam z tym problem. Dzień później dostałem telegraficzną odpowiedź: ponieważ nie logowałem się jako helokki ponad 180 dni konto zostało skasowane stop nie ma możliwości zalogowania stop nie ma możliwości ściągnięcia bloga stop spierdalaj stop.

I w ten oto sposób szlag trafił 8 miesięcy historii życia z roku 2008. Jednego z przełomowych. Widać je gdzieś w sieci jak się próbuje coś wyszukać, ale tylko jako wyniki wyszukiwania, dostać się nie można. I prącie.

No cóż, mam większe problemy niż ubolewanie nad straconą przeszłością.

Przekonałem się do Floor, mimo, że ma nieco gładszy głos niż Tarja. I lepsze nogi;)

kosi kosi deszczyk

Nie posłuchałem głosu wewnętrznego, posłuchałem kogoś innego bo rozsądek temu przyklasł. Jakbym zrobił po swojemu, miałbym już pierwszy pokos z bańki, ale… nie mam. Skosiłem Listonosza:

 

Przy okazji zaszłem do lasu, bo miałem blisko. Kozaki zaiste imponujące, podobnie jak ilość w nich robaków. No dobra, czekamy aż wyschnie. No nie bardzo wyschło. A przyszły tydzień to ściana wody. Znów dałem posłuch czynnikom zewnętrznym, bo weekend taki w miarę, może się uda. No to się szarpłem i mimo niedzieli rura:

img_20190707_120201_5

Zrobiłem trzy baloty, takie wodą ociekające. Szlag. Padać ma dopiero o 15tej, zdążę przerzucić, może ciut przewieje – bo wieje. Po zgrabiarkę, z przerwą na kawę (niech schnie…). Dalej wilgotne, ale już nie ocieka wodą. Zrobię mniej zbite, może coś z tego będzie. No i do 14:30 zrobiłem w sumie (z tymi mokrymi) 14,85 balota. Zaczęło padać…

 

Może bym i dopchał do 15tu, ale oczywiście podbierak się zapchał. No bo niby kiedy miał to zrobić – najlepiej jak już jest końcówka i leje. Spakowałem zestaw pojazdów i porzuciwszy ostatnie 20 metrów moczonego deszczem wałka wróciłem na gumno z niesmakiem nie tyle porażki, co wątpliwego sukcesu. Oczywiście na gumnie powitało mnie… słoneczko:

img_20190707_150652_7

I ..uj, mam żarcia dla zwierzaków na dwa miesiące. Czekam na pogodę, żeby zebrać „ptaki”. A potem koszenie niedojadów. A potem żniwa. A potem drugi pokos. A potem wykopki. A potem chyba wakacje, bo to już listopad będzie…

Aleja Czasu

Pewnie lepiej by brzmiało The Time Avenue, ale ileż można się poniżać?

Ale od początku. Jakiśczastemu Dziewczyny dostały delegację na konkwistę. Czy inną maraudę. A że po drodze trzeba było zgarnąć Najmłodszą od Chrzestnej i na granicy odbywano imprezę, o ową zahaczyliśmy:

 

W sumie to na wjazd Głównego Krystowiercy się spóźniliśmy, a na Horpynę było za wcześnie, poszwendaliśmy się więc obejrzeć Wrota:

img_20190706_160045_1

Siłą rozpędu zagłębiliśmy się w biskupią przeszłość…

Niespodziewanie wielkie wrażenie wywarła na mnie lipowa aleja z menhirami poświęconym coraz dawniejszym dostojnikom władającym krystowierczą Warmią. Niesamowite wrażenie cofania się w czasie aż do XIII wieku. Zapragnąłem takiej Alei Czasu sięgającej Archaiku… Poczułem się jak chrononauta, lub zlemiając czasochroniarz czy inny histomandos… No ale dotarliśmy tylko do czasów Biszkopta Anzelma, dalej aleja wyglądała na tyle dziko, że nie odważyliśmy się na zgłębianie dziejów Słowian baraszkujących na drzewach przed rokiem 966… Wróciliśmy, upamiętniając na zdjęciu wzór Drzewa Huśtawkowego, prowadząc dysputę z Dziadkiem rowerzystą oraz ciesząc uszy sentymentalną orkiestrą:

Dobra, czas na podbój Nowego Świata. Znaczy się Kortez czeka w Ostródzie. Dotarliśmy przed czasem, który wypełniło bezowocne szukanie jadłodajni. Zrezygnowani brakiem miejsc w knajpach okupowanej Ostródy zaliczyliśmy Dronkę, gdzie Dziewczyny zaopatrzyły się w prowiant na konkwistę. Jak poszły się zaokrętować, my z Najmłodszą najpierw zdobyliśmy molo i pomnik z jakimś Tadeuszem:

a następnie wdarliśmy się między krzewy wołowe gdzie prócz paszy znaleźliśmy kolejny atrybut tego jakiegoś Tadeusza…

Resztę czasu do końca koncertu spędziliśmy jak ludzie, drzemiąc w samochodzie. Potem już tylko powrót do domu taborskimi lasami i koniec intensywnej soboty;)

łachudr działanie szkodliwe

Jak powszechnie wiadomo, bocian wstrętną łachudrą jest. Bo nie dość, że przylatuje…

img_20190629_065019_6

i podrzuca jakieś bachory…

img_20190628_120907_7

to przecież nie wpierdziela żab (które kumkaniem nie dadzą dziecku spać na dworze żeby się kosmosem napromieniowało), za to wpierdziela zupełnie niewinne węże (budzące atawistyczny strach i jad wprowadzające do ssaczych organizmów), niewinne szczurki i pochodne (wpierdzielające zboże trudem zgromadzone i choroby roznoszące), milutkie zajączki (bezlitośnie obgryzające młode drzewka w sadzie) czy nawet mordują sarenki (ryjące w zbożu niczym dzik w kartoflisku).

Taaaak, paskudne te łachudry…

Ale czy na pewno?