najpierwsi z najpierwszych

Niech będzie wersja radziecka…;)

Zakwalifikowałem się na Mistrzostwa Polski w Łucznictwie Terenowym.  Zjechało się ponad dwieście osób, w tym 180 startujących łuczników. Czyli trochę więcej niż zwykle na zawodach. Pogoda w miarę dopisała, podobnie jak organizatorzy.

 

 

Trochę inna formuła strzelania i trochę inne odległości. Na tyle inne, że początkowo myślałem, że strzelamy z czarnych palików, odpowiadających temu do czego się przyzwyczaiłem na dotychczasowych turniejach. Ale okazało się, że czarne są dla dzieci… No ale twardym trza być i mocniej ciągnąć. Cięciwę;)

 

Cele były znajome, więc chociaż tutaj nie było niespodzianki. No chyba, że się trafiło…;)

 

W pierwszej rundzie bywało różnie, można było zabić drzewo lub haniebnie chybić głuszca, by w drugiej, jednostrzałowej, ukarać go ostrzegawczym strzałem w tył głowy…

 

Dzień pierwszy zakończył się noclegiem w samochodzie – zaplanowanym testowaniem turystycznych możliwości Musiołka. Byłem mile zaskoczony zarówno wygodą jak i ciepłotą. Podobnie mile zaskoczyło mnie ukraińskie śniadanie:

No a potem w trasę – runda trzecia. Gwoli ścisłości – z racji znalezienia się w grupie niemal w połowie trasy, każdą rundę trzeba było obejść dwukrotnie. Co przy pięciokilometrowej trasie daje 30 kilometrów po leśnych górkach i dołkach. Jak już wspomniałem – twardym trza być.

Trzecia runda bez fajerwerków, podobnie jak dwie poprzednie. Zdarzało się trafić, ale najważniejsze to dobrze się bawić. No i zakończyć grupowym zdjęciem;)

Po zawodach obiad (do wyboru gorąca kapusta lub obiad wegetariański…) i w oczekiwaniu na wyniki wyprawa na łasice w poszukiwaniu zaginionej strzały. Swojej nie znalazłem, ale znalazłem dwie inne:) Potem losowanie nagród dodatkowych zakończone pełnym sukcesem:

img_20190915_170907_2

i dekoracja zwycięzców absolutnych, na którą się nie załapałem. Ale dziś w nocy ogłoszono wreszcie oficjalne wyniki. Zająłem zaszczytne 10te miejsce, co biorąc pod uwagę całokształt czynników mających wpływ na moje nieprzygotowanie do zawodów jest wynikiem zaskakująco dobrym:)

A wersja amerykańska tutaj: https://warmia-archers.pl/zawody/wyniki-zawodow/pfaa/163-wyniki-pbhc2019

Zamrzenica

Pojechaliśmy wczoraj na kolejne – przedostatnie w tym roku – ligowe zawody, tym razem w Nadleśnictwie Zamrzenica. Pod względem organizacyjnym było naprawdę wypaśnie, nawet deszcz nie zepsuł dobrego wrażenia. Poczynając od hotelowego wręcz śniadania, poprzez dwa drugie śniadania na trasie, poprzez przedobiadowe przystawki… no dobra, żarcia tyle było, że na obiad już nie czekaliśmy;) Cele były ciekawe i odważne:

 

Sporo odwagi wymagało również nawiązanie kontaktu z sokołem czy nakarmienie łabądka:

 

W sumie nie zaszalałem z moimi wynikami, ale za to wszystkie moje Dziewczynki dały mi powód do dumy:

A w następny weekend „best of the best” część pierwsza;)

nowy porucznik

No więc miało być tak: miałem zostać lejtnantem i iść na szkolenie do byłego porucznika by z czasem przejąć jego obowiązki. Potem się rypło i miałem być podporucznikiem z dwudniowym szkoleniem u byłego porucznika i przejąć jego obowiązki. Potem się rypło bardziej i w czwartek rano zostałem z marszu awansowany na porucznika z planem szkolenia w nieokreślonej przyszłości, a na razie mam sobie radzić sam. Z takimi na przykład różnościami:

Albo z takimi:

Ale najwięcej roboty na razie czeka mnie z ogarnięciem systemu który przez ostatnie kilka miesięcy był traktowany zdawkowo z braku odpowiedzialnego zań porucznika.

A potem się rypło jeszcze bardziej bo w czwartek wieczorem zmarł Admirał…

powerslide

Urzekła mnie ta sytuacja na Darze Ziemi:

Normalnie Turbo;) Tutaj nawet ślimaki zapierdalają;)))

Dziś Dowództwo, zadowolone z kończących się manewrów, poinformowało mnie, że w czwartek oddaje mnie w ręce porucznik G na szkolenie. Znaczy się przeczuwam awans na lejtnanta. Jakoś nie dotarło do mnie, o który czwartek chodzi – muszę to ustalić. Podobnie jak wyjaśnić sobie z Dowództwem, że żadna gaża nie jest warta dwuetatowej harówki – zapowiada się, że w sierpniu wykręcę ponad 300 roboczogodzin. Ja rozumiem, że manewry i takie tam, ale nie zaciągnąłem się żeby temu poświęcić życie. Niemniej jednak zasugerowałem, że podziękowania za wierną służbę najlepiej okazać 10go. W dniu wypłaty. Ciekawe, czy dotarło? Czas pokaże.

Golf

Chodził za mną golf – łuczniczy. Zamiast dołków – baloty, zamiast kija (kiji? kijów?) łuk, zamiast piłeczek – strzały. Nadarzyła się okazja poowsiana – na stosunkowo niedużym obszarze zwinięte baloty słomy, wystarczy nanieść niewielkie poprawki i…

img_20190827_190152_4

…zaprosić Burmistrza na partyjkę golfa;)

Jak jechałem nanieść te „poprawki” zauważyłem u Kopciuszka sopel wiszący spod ogona. A, to jest jeszcze chwila. Jak wracałem – zmierzch mnie wygonił – sopel zamienił się w spory pęcherz. Odstawiłem Władka, lasso i na pomoc. Trochę późno, mały się podtopił w wodach płodowych…

img_20190826_201220_8

Nie rokowałem mu długiego życia, ale o dziwo na drugi dzień jeszcze nie musiałem brać się za szpadel:

img_20190827_190621_8

Zmienił kolor i trochę niemrawy jest, ale zobaczymy, co z tego wyniknie. Na razie imię techniczne ma.

Owies

Owies został skoszony i zbalotowany. Podczas tejże czynności pojawił się nowy mieszkaniec gumna:

Podejrzewam, że to imię techniczne, może ulec zmianie na bardziej przystające. Niemniej jednak chłopak jest zdrowy i szybki. Ciekawe, jak ja go zakolczykuję? Zapowiada się, że będzie nowym naczelnym, bo całe stado za nim biega;)

Przy okazji: Masza doczekała się trzech córek:

img_20190814_190914_6

Inwentarz się powiększa. I dobrze.