Wiosnać Mać…

Już pod koniec stycznia wylazły:

img_20200201_160840_8

I nerwowo się rozglądają, gdzie jest ten śnieg co to się miały przez niego przebijać. A w dupie. Kociej. Bo koty taki dzisiaj marcowy koncert dały, że hej. Coś się Matce Naturze najwyraźniej poprzestawiało. I dobrze.

Syndrom Maniusia

Maniuś wiódł nieskomplikowane życie – zajmował się relokacją obornika pełniąc funkcję dorywczego operatora wideł. I tak sobie chodził od gospodarza do gospodarza i w zamian za wszystko co potrzebne dożycia (czyli piwo i papierosy) ten gnój wywoził. Razu pewnego zrelaksować się postanowił i poszedł na ryby. Traf chciał, że złowił osławioną Złotą Rybkę. Złota Rybka, widząc wsiowego głupka, nie szastała życzeniami – w zamian za uwolnienie obiecała spełnić jedno jego życzenie . Maniuś bez zastanowienia wypuścił ją i poprosił o nowe widły do wywalania gnoju…

Cierpię na syndrom Maniusia. Bo gdybym złowił Złotą Rybkę, czyli konkretnie wygrał w lotto, to kupiłbym od cholery ziemi i do tego od groma bydła. A potem bym się na tej nowej gospodarce pewnie wykończył…

Kosmokrator na lawecie

Konia z rzędem temu, kto bez użycia wujka G wie co to Kosmokrator. A doświadczalnie sprawdziłem, i dokopać się niełatwo, bo jak już raz się przypnie nazwę do muzkultury, to metalowego śmiecia mnóstwo. Nie uwłaczając nikomu, rzecz jasna.

Jak się Najmłodsza w niedzielę przez telefon pytała, gdzie jestem, to bez namysłu odpowiedziałem, że w statku kosmicznym;) Bośmy ze Szwagrem do Stolnicy pojechali, na obiad rzekomo, a w rzeczywistości postwirtualnej pojazd nabyć:

img_20200126_151305_4

Szwagier zadowolony, więc wyprawa udana a i przelecieć się mogłem:) Choć sceptycznie podchodzę do tak nowoczesnych, naćpanych elektroniką pojazdów. Wolę proste, nieskomplikowane, duże, mogące więcej. Ciągnąć. Bo o to ciągnięcie czegoś dużego ostatnio chodziło. Chodziło, chodziło i wychodziło. Przedwczoraj:

img_20200129_152104_0

Niniejszym ogłaszam, że uzyskałem tytuł „laweciarza”:) To tyle jeśli o slang szkoły Mistrza Prokopowicza chodzi, bo rzecz ujmując biologicznie potrzebowałem tytułu „koniowoza”, a matematycznie B+E=T. Oczywiście nie obyło się bez potknięcia na kierunkowskazach, bo tak byłem zafiksowany na rondowaniu z lewym, że o prawym na zjeździe zapomniałem. Nic to, zgodnie z sugestią instruktora Waldka, „do egzaminu jeździsz jak ci każę, po egzaminie normalnie”;) No to teraz będzie normalnie. Tylko Musiołka muszę z serwisu odebrać, koniowóz wypożyczyć i zakupione koniowate sprowadzić. Ale przyjdzie czas i na to.

U Niejowa

Z niejakim rozrzewnieniem zauważyłem, że moja najmłodsza uczennica ma swoich uczniów:

img_20200119_124040_9

Poczułem się staro i musiałem przekonsultować ten stan z Białą Damą:

img_20200122_103814_4

Ta odniosła się do mojego problemu z głębokim zrozumieniem i zaleciła powrót do przeszłości, w czasy, gdy życie pod postacią Wodnika Szuwarka i osłoną nocy dopiero wypełzało na ląd:

img_20200121_184724_3

A że terapia była potrzebna całej rodzince, zrobiliśmy prezent Dziadkom na Dzień Babci i Dziadka i osadziliśmy ich na gospodarce w celu nacieszenia się dokazywaniem zwierzyńca, a sami poddaliśmy się różnym rodzajom odnowy bio:

Hitem moczarowania w prawieislandzkim bagienku było stwierdzenie Najmłodszej, że czuje się jak „ziemniaki w zupie”…:D

Nie zabrakło też relaksu w postaci kontemplowania atrakcji turystycznych…

…jak i kontemplowania bardziej męskich atrakcji:

Poczułem się może nie tyle młodszy, co „rzeźszy”. No to czas wracać. Przez Konopnicę, bo niebawem wysyp krasnoludków szkoła Najmłodszej zaoferuje:

Dobra, Konopnica była trochę obok. Podobnie jak płockie Zoo, któremu mimo trudności z zaparkowaniem nie darowaliśmy:

Największe wrażenie wywarły na nas chyba tygrysy z irbisami, patrzące na nas głodnym wzrokiem:

Lwy za to mają, podobnie jak w gdańskim zoo, jakiś kompleks. Nie pokazały się, prawdopodobnie ze strachu przed największym drapieżnikiem na Ziemi, który gościnnie zawitał na ich tereny łowieckie:

img_20200123_135636_9

Z resztą większość gatunków wzorem Wodnika Sz. cofnęła się do prehistorii, znaczy do akwarium:

Bezpieczeństwa podwodnego świata strzegło czujne oko matriarchini Marty, dziewięćdziesięcioletniej gatorki z Florydy:

img_20200123_142239_4

Nasyciwszy się kolorytem wodnego życia opuściliśmy nadspodziewanie bogate płockie zoo (ja na końcu, bo zgodnie z logiką Najmłodszej, jeśli krokodyl zacznie nas gonić, to muszę dać się zjeść żeby reszta mogła uciec – no bo jestem najstarszy więc i tak umrę najwcześniej:)) i bez większych perypetii wróciliśmy do domu. Na urodziny Dziadka:)

DZ – historie

Krowa potrafi człowiekowi zrobić dzień. A nawet tydzień. Nie wspomnę o moich, które aktualnie robią mi życie. Ale jeden taki przykład w pewnej jednostce… Porażenie poporodowe. Trochę spieprzone, ale przede wszystkim ciężkie. Zwierzak nie wstaje, trzeba podnosić. O tak:

img_20200111_151323_9

No i jakoś pobudzić te mięśnie do działania. Albo miotełką brzozową, albo czymś innym. Na przykład elektrycznym poganiaczem. Nie działa, bo baterie słabe – sprawdzone na sierżancie Jeżyku. No to pożyczyliśmy latarkę z paralizatorem z dowództwa. Nie działa, rozładowana. Chwila zastanowienia i pada genialna propozycja: może ją gazem, mam w samochodzie…

poznańskie półwiecze

Szwagierka na imprezę zaprosiła. No to niewiele myśląc opracowałem trasę:

Poznań opracował atrakcje:

A Królowa opracowała imprezę:

img_20191228_210958_2

Było miło i fajnie, choć proces Czasu, mimo wygranej, budził sporo kontrowersji. Na odchodne zaanektowałem półwieczną świeczkę, bo jestem następny…